Od wydania książki w roku 1980 sporo się zmieniło i przy wyjeździe z Wrocławia w kierunku Miłoszyc nie tylko że jedna z ulic nazywa się "miłoszycka", ale sama miejscowość stała się "modna" ze względu na dwa osiedla domków jednorodzinnych (jedno po lewej stronie drogi z Wrocławia do Miłoszyc na wysokości tablicy z nazwą miejscowości; drugie za cmentarzem parafialnym), zabudowywane generalnie przez mieszkańców wrocławia. Wzmiankowana błędnie na początku poniższego rozdziału tabliczka z napisem "CMENTARZ OFIAR HITLERYZMU" wskazuje kierunek w prawo. Dzisiaj nie widać też już śladów fundamentów drewnianych, ocieplanych i skanalizowanych baraków (teren stadionu sportowego i dawnej bazy RSP "Pionier" przyległy do ulicy wrocławskiej)- wybudowanych dla obsługi obozu KL Fünfteichen, ani wyrobiska jakie powstało przy tej budowie po przeciwnej stronie ulicy, bo zasypane zostało w latach 70. Doszukaliśmy się również innych niż Panowie Kolenda i Kosiński byłych więźniów tego obozu (Panowie Masłowski z Wójcic i Kobus z Miłocic), którzy przez dziesiątki lat mieszkali wśród nas, bez naszej o tym świadomości. Nieżyjący już dzisiaj Pan Masłowski mówił w wywiadzie dla Moniki Sucharskiej - Gałuszki z Gazety Powiatowej:
"Po wyzwoleniu obozu w 1945, pojechał do domu w Bydgoszczy, do matki i siostry. Nie nacieszył się długo życiem rodzinnym. Za trzy dni przyszli po niego funkcjonariusze władzy ludowej. Stanął przed sądem wojskowym. Dostał wyrok - 12 lat w obozie pracy. Zawieźli go do więzienia w Toruniu. Stamtąd trafił jako więzień polityczny do obozu pracy w Jelczu. Znów były baraki, znów pracował. Wyszedł wcześniej za dobre sprawowanie.
W obozach spędził w sumie 6 lat. Przebaczył swoim oprawcom, choć nie zapomniał.
- Nie daj Boże przejść tego, co ja przeszedłem - mówi Jan Masłowski. - Nawet wspomnienia są ciężkie. Już osiemdziesiątka, nie ma co podskakiwać. Widocznie miałem żyć. Cieszyłem się, gdy upadła komuna, bo wolność jest najważniejsza. Bardzo dobrze, że pamięta się o miłoszyckim obozie, że składa się tam kwiaty, przychodzą przedstawiciele władz, dzieci. Powinni wiedzieć, jak było. Jak zdrowie pozwoli, będę tam jeździł co roku."

"Powinni wiedzieć jak było" - niech to życzenie nieżyjącego już dzisiaj byłego dwukrotnego więźnia jelczańskich obozów będzie nam myślą przewodnią i motywacją do pracy dokumentującej ślady minionej historii naszej małej ojczyzny, oraz "jak zdrowie pozwoli" żebyśmy przynajmniej raz w roku bez względu na pogodę i inne przeszkody mogli oddać hołd ofiarom KL Fünfteichen, Syberii, Wołyńskiej hekatomby i innym, którzy skutkiem wojennych losów dzisiaj "są tym, czym my kiedyś nieuchronnie będziemy".
P.s. Drugi z opisanych tu więźniów obozu - Stanisław Kobus zmarł pod koniec 2006 r. (przyp. webmastera z 08.02.2007r.)
Im ku pamięci, nam ku przestrodze - te kilka słów pragnę poświęcić
Jerzy Urbaniak - 23.01.2006 r.

Andrzej Bułat, Wacław Dominik - "BYŁ ZA WSIĄ OBÓZ"
- cytat z "Aż stali się prochem i rozpaczą"

W południowo-wschodniej stronie Wrocławia, przy wyjeździe z miasta, drogowskazu do Miłoszyc nie ma.
Trzeba jechać szosą na Jelcz, za Wojnowem skręcić w lewo, minąć Dobrzykowice, Nadolice Małe i Nadolice Wielkie.
Miłoszyce są następne. Dokładnie na dwudziestym kilometrze.Na skraju wsi, przy ul. Wrocławskiej.- tabliczka z napisem "mogiła więźniów".
I kierunek w lewo. Do lasu.
Tabliczki z napisem "obóz" w Miłoszycach nie ma (dzisiaj jest - przyp. aut.).
Gdzie był obóz?
Wacław Kolenda i Leonard Kosiński drogę do obozu znają. Byli jego więźniami. Ten pierwszy "nazywał się wtedy 10 012, ten drugi - 23883. Dzisiaj zgodzili się być naszymi przewodnikami. Ale nie im zadajemy to pytanie. - Gdzie był obóz? - Lagry? Trzeba jechać ulicą Główną przy basenie przeciwpożarowym skręcić w prawo i jeszcze półtora kilometra za wsią. Zresztą każdy pokaże. Półtora kilometra za wsią na kilkudziesięciu hektarach wygonu, kilka rozrzuconych zabudowań i trzy stogi słomy.- Gdzie był obóz? - Tutaj.- Tutaj? A gdzie druty? Gdzie baraki? Gdzie strażnicze wieże? Nie pomylił się pan?- Nie. To wszystko było. Baraki stały jeszcze kilka lat po wojnie. Rozebrano je, gdy zaczęły się walić. Zostały tylko murowane. A my stoimy w miejscu, gdzie była brama. Szukamy potwierdzenia u naszych przewodników. Kosiński i Kolenda milcząco kiwają głowami. A Stanisław Laszkowski (ówczesny mieszkaniec Miłoszyc - przyp. J.U.) jakby chciał przekonać nas, że to co mówi jest prawdą. - W 1945 roku, miałem wprawdzie tylko dziewięć lat, ale przecież pamiętam. Nasza wieś nazywała się za Niemców Funfteichen. - Pięć Stawów? - Został już tylko jeden. Dwa inne musieliście minąć po drodze. To baseny przeciwpożarowe. Dwa zasypane. A na lagry przychodziło się często. Jak to chłopaki. Wchodzimy do nieistniejącego obozu, przez bramę której nie ma. Na lewo od "bramy" budynek z cegły. Na wysokości pierwszego piętra kilku robotników. Murują, mieszają zaprawę. Na prawo - parterowy barak (?). Duże wrota i popielata elewacja. Dwa wielkie stogi słomy. Trzeci mały, przykryty papą. Pod nogami żużel wyorany z wysokiej, ostrej, bagiennej trawy. Przy torach ścieżka.Obok rozwalony betonowy bunkier (?), schron (?). W trawie dwa żelbetowe słupy ogrodzeniowe z dziurami po izolatorach. Betonowa płaszczyzna. Zwały gruzów. Dalej betonowy basen przeciwpożarowy. Kilka rachitycznych krzaków. Siatka, mostek przez rów. Sześć murowanych, piętrowych baraków. Po siódmym tylko fundament. Baraki stoją pod sznurek. Do kalenicy wysokie na 6 metrów, szerokie na 10,27 metra, długie na 31,8 metra. Więc tylko tyle zostało po obozie? Te gruzy. Ten beton. Te baraki ...I hasło w encyklopedii. Hasło numer 3 953. Encyklopedia - "Obozy hitlerowskie na ziemiach polskich 1939-1945". "Miłoszyce - wieś w województwie wrocławskim na południowy wschód od Wrocławia. Arbeitslaqer Funfteichen, podobóz męski. Założony 1 XII 1943, a zlikwidowany 21 I 1945; w podobozie przebywało kilka tysięcy więźniów (np. 30 XI 1944 - 5946), którzy pracowali w zakładach zbrojeniowych "Friedrich Krupp - Bertha Werke" oraz w licznych niemieckich przedsięiorstwach prowadzących rozbudowę zakładów. W styczniu 1945 więźniów ewakuowano do obozu Gross Rosen, podczas marszu wielu z nich zginęło; niewielką grupę chorych więźniów, pozostawionych w podobozie, po kilku dniach wyzwoliły wojska radzieckie." Kilkanaście metrów za barakiem (?) i budynkiem z cegły Kosiński zatrzymuje się. Tam, gdzie pod nogami wyorany z trawy żużel. Tu, na placu apelowym, po wyjściu z obozu, byłem często. Dziesiątki, setki razy. W snach. I zawsze tak samo. .Stoję w czworoboku. Obok mnie koledzy z naszego dziesiątego bloku. Liczenie. Podział na komanda i wymarsz. Niekończąca się droga między drutami. I budzę się.. - Na takiej małej powierzchni robiono zbiórki 6 tysięcy ludzi? - To był plac długi na jakieś 200 i szeroki na tyle samo metrów. Sięgał za te stogi słomy i dochodził do ścieżki przy torach kolejowych. Plac ten pamiętam całym ciałem - ileż to razy musiałem czołgać się po ostrym żużlu...- A droga między drutami?- Zrobiono ją na jesieni 1944 roku. Po wielu próbach ucieczek. Zaczynała się za drugą bramą która, była przy placu apelowym. Przechodziła przez tory kolejowe i na ukos przez pola prowadziła do zakładów. Stąd jej końca nie widać To było pewnie ze trzy kilometry. Przodem szedł esesman, który otwierał przepusty na torach i dalej na polnej drodze.- Czy trafi pan na miejsce, w którym stał blok 10?- Spróbuję. Najpierw wzdłuż torów stały wieże strażnicze. Koło każdej z nich bunkier. Dalej dwa rzędy drutów kolczastych - ten wewnętrzny pod napięciem. Prostopadle do ogrodzenia stało siedem bloków. Czwarty - środkowy to umywalnia. Za tymi siedmioma znów było siedem bloków. Mój 10 stał na wysokości wieży wartowniczej i sąsiadował z umywalnią tuż przy głównej, wewnątrz obozowej drodze. Po drugiej stronie tej drogi, lekko na ukos, był basen przeciwpożarowy. Idziemy w kierunku wskazywanym przez Kosińskiego.- Jest basen. Ale po bloku to nie widzę nawet fundamentów. Z miejsca, w którym teraz stoimy, zza drzew oddalonych może o kilometr, a może trochę więcej, widać więżę kościoła w Miłoszycach. Kolenda wyciąga rękę - Codziennie widziałem tę wieżę. Codziennie dodawała mi ona otuchy. Taka sama wieża stała w Lipsku - mojej rodzinnej miejscowości. I pewnie dlatego między więźniem, a kościelną wieżą wytworzyła się ta dziwna więź. Patrzyłem na wieżę i zapominałem o najgorszym. Wierzyłem, że tę z Lipska też jeszcze zobaczę. Obok basenu zwały gruzów ze sterczącymi prętami zbrojeniowymi. Kolenda staje między kawałami potrzaskanego betonu.- Te gruzy to kuchnia. Moje miejsce pracy. O, to był masywny budynek. Miał piwnice i pomieszczenia do obierania ziemniaków. W obozie najpierw pracowałem jako robotnik przy porządkowaniu i czyszczeniu ubikacji. Potem znalazłem się tu - w kuchni - przy obieraniu ziemniaków. To była wtedy bardzo dobra funkcja. Raz, że się siedziało w zamkniętym pomieszczeniu, a po drugie zawsze można było coś z kuchni zorganizować.- Gdzie był pański blok? - Tu, niedaleko kuchni. Sąsiadował z rewirem. To był blok 18.Idziemy tam, ale Kolenda, jak wcześniej Kosiński, nie znajduje żadnego śladu po "swoim" bloku. Jeszcze przed dwoma laty, pamiętasz Leonard, jak tu przyjeżdżaliśmy, ślady były.- Wchodziliśmy nawet do piwnicy w "twojej" kuchni.- Szybko się tu wszystko zmienia. - W końcu to chyba ze 40 hektarów. Po co ma leżeć odłogiem?Wchodzimy na betonową płaszczyznę niedaleko "kuchni" i miejsca po baraku Kolendy.- To wszystko. co pozostało po łaźni. - Wacek, a nie był to rewir? A gdzie wydawano paczki, bo mnie się zdaje, że właśnie w tym miejscu.- Nie. Rewir był dalej. W stronę baraków SS. To te, które jeszcze stoją przy bramie.- Wobec tego w tym rejonie musiał być barak administracyjny, gdzie wydawali paczki... Czy tu jednak nie była łaźnia? Pamiętam, bo często ją sprzątałem. Chyba łaźnia, ale w takim razie gdzie był rewir?, - To musiała być łaźnia. Pamiętam, że tutaj Wicek "przyjmował" Iwana.- Mówisz o tym Wicku blokowym? To był bandyta.- Bandyta trafił na bandytę. Iwana przysłali z Gross Rosen. Już tam był znanym mordercą. Ale tu przyszedł jako zwykły więzień. Wszedł do łaźni, żeby się umyć. Na to tylko czekał Wicek,bo bez komendy nie wolno było się myć - Co tu robisz? - Myję się - Kto ci pozwolił. Nikt. I Wicek straszliwie pobił Iwana. - Ale potem esesmani Iwana awansowali i trzeba go był unikać. To mówisz, że jednak łaźnia ?- Jestem pewny. Nie ma jednak w głosie Kolendy absolutnego przekonania.Kosińki wskazuje na las. - Tam też można znaleźć obozowe ślady. One są najtrwalsze. - Mówisz o mogile? - Tak. Tam jest grób tych więźniów, których pochowano w ostatnich dwóch dniach istnienia obozu. - Już ich nie wieziono do Gross Rosen. Zatrzymujemy się przy siatce, za którą stoi sześć baraków.- Tu się kończył obóz.- A te baraki?- Te baraki budowano jesienią 1944 roku, ale już nikt do nich nie przyszedł.- Prawdopodobnie szykowano je dla dalszych czterech tysięcy więźniów. Słyszałem już po wojnie, że był projekt, aby w zakładach "Bertha" pracowali tylko i wyłącznie więźniowie.Zaglądamy do pierwszego. Młody mężczyzna w welwetowej marynarce rozmawia ze starszym w kombinezonie. . .- Ryszard Cerelczak. Jestem zastępcą prezesa. Słucham panów.- Szukamy śladów po obozie...- Niewiele ich zostało. Za dwa lata nie będzie ich w ogóle. Taki jest termin zakończenia inwestycji.- Tutaj?Za dwa lata po Funfteichen nie będzie śladu. Nikt, patrząc na nowoczesny zakład, nie powie - tu były baraki, tu rewir, tam kuchnia, a tam esesmańska kantyna. Parterowy barak (?) będzie już zagospodarowany, w budynku z cegły znajdują się biura, znikną przykryte papą stogi słomy, nie będzie wyoranego żużlu i bagiennej trawy. Po betonowym schronie (?), bunkrze (?) i leżących w zielsku żelbetowych słupach ogrodzeniowych nie zostanie nawet dziura w ziemi. Baraki za siatką obrzucone świeżym tynkiem, zmienią swój wygląd i przeznaczenie. Gdzieś podzieje się betonowa płaszczyzna i zwały gruzu. Zostanie może basen przeciwpożarowy, ale kto domyśli się że kiedyś ten basen... ?- A gdzie? Ta ziemia rodzić nie będzie. Ale i stać odłogiem nie może. W końcu to 42 hektary. Jedyne miejsce, na którym można zbudować zakład. Pod warunkiem, że przeprowadzimy meliorację. Inaczej nic żywego tutaj się nie utrzyma. Bez melioracji Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna "Pionier" w Miłoszycach nie będzie mogła rozpocząć produkcji. Taką ekspertyzę wydali fachowcy. Jacy fachowcy zdecydowali, że w terenie tym mogło żyć 6 tysięcy ludzi? I dlaczego właśnie tutaj?


POWRÓT DO SPISU TREŚCI