Rozmiar: 2868 bajtów

"AŻ STALI SIĘ PROCHEM I ROZPACZĄ" - A. Bułat i W. Dominik KAW 1980)

Rozmiar: 2868 bajtów

Fünfteichen - podobóz KL Gross Rosen

Pierwsze obozy odosobnienia powstały w Rosji po zakończeniu pierwszej wojny światowej, w okresie tzw. komunizmu wojennego. Pierwszy obóz hitlerowski powstał w Dachau już w 1933 r., na mocy zarządzenia szefa SS(20 H. Himlera. Od 1934 r. traktowano go jako obóz wzorcowy. Następne powstawały niemal co roku, a w latach 1939 - 1945 hitlerowcy zorganizowali 9 tysięcy obozów i podobozów, przez które przeszło ogółem 18 milionów więźniów i jeńców wojennych z 30 krajów świata.
W 1936 r. otwarto obóz w Sachsenhausen w pobliżu Oranienburga. Do maja 1941 r. podlegała mu filia Gross Rosen (miejscowość Rogoźnica, leżąca około 60 km na południowy zachód od Wrocławia). Część pól, na których powstał obóz, należało do firmy "Granitwerke Alfons Hay," specjalizującej się w wydobywaniu kamieni budowlanych. Ponieważ właściciel był Żydem, najprawdopodobniej odesłano go do jednego z miejsc zagłady, a firma przeszła w ręce SS. Obóz koncentracyjny Gross Rosen powstał w sierpniu 1940 r. i istniał do lutego 1945 r. Od 1941 r. był jednostką samodzielną. Podlegało mu ponad 80 podobozów. Przeszło przez niego 125 tys. więźniów, głównie obywateli polskich, z których około 50 tys. zginęło.
Jeden z największych podobozów Gross Rosen, przeznaczony dla kilku tys. mężczyzn, ulokowano we wsi Fünfteichen - dzisiaj Miłoszyce w gminie Jelcz - Laskowice. Niemiecka nazwa Fünfteichen oznacza po polsku Pięć Stawów. Z pięciu pozostał dzisiaj już tylko jeden, ponieważ dwa zasypano, a następne dwa wykorzystano na baseny przeciwpożarowe. Poprzednia, również niemiecka nazwa Miłoszyc brzmiała Meleschwitz, zamieniono ją na Fünfteichen w 1937 r.
Arbeitslager (obóz pracy) istniał w Fünfteichen od 1 grudnia 1943 do 21 stycznia 1945 r., kiedy wszystkich więźniów mogących poruszać się o własnych siłach ewakuowano z powrotem do macierzystego obozu Gross Rosen. Wielu z nich zginęło w trakcie przemarszu, nazywanego czasem "marszem śmierci" lub "marszem szkieletów." Więźniowie w Fünfteichen pracowali w zakładach zbrojeniowych "Friedrich Krupp - Bertha Werke" oraz innych przedsiębiorstwach, które wykonywały prace przy rozbudowie tych zakładów.
Zanim jednak powstał obóz w Fünfteichen, istniał wcześniej inny w miejscowości Markstädt - tak przed wojną nazywały się Laskowice. Znajdował się na obszarze wsi Laskowice, za parkiem pałacowym i zabudowaniami IUNGU, na terenie obecnych pastwisk. W marcu lub kwietniu 1942 r. przywieziono tam 700 osób z obozu policyjnego w Sosnowcu. Prawdopodobnie było już wtedy w Laskowicach około 1,5 tys. więźniów. Ulokowano ich wszystkich w 20 nowych barakach. W każdym znajdowało się 9 - 10 izb, przy czym jedną zamieszkiwało co najmniej 12 osób. Pomieszczenia dla więźniów wyposażono w żelazne piece, jednak za próbę zapalenia w nich groziły surowe kary. Do obozu prowadziła brama wejściowa. Całość otoczono murem kolczastym i obstawiono niemiecką policją, która nadzorowała teren obozu. Wydzielono także plac apelowy.
Wyżywienie, podobnie jak w innych hitlerowskich obozach, było złe i składało się z głodowych porcji. Na śniadanie musiało wystarczyć 20 g chleba, 2 dag margaryny albo 2 - 3 dag topionego sera lub marmolady oraz pół litra niesłodzonej kawy zbożowej. Obiad składał się z wodnistej zupy z pokrzyw albo brukwi, a gotowanie odbywało się w warunkach urągającym wszelkim zasadom higieny: w zupie zawsze było dużo piasku i często pływały myszy. Ilość soli była tak duża, że trudno było tę potrawę zjeść. Na jedną osobę przypadało też około 1/4 kg ziemniaków w łupinach. Po ciężkim dniu pracy więźniowie dostawali na kolację 20 dag chleba i niesłodzoną kawę. Raport o sytuacji w laskowickim obozie z 1942 r. donosił, że stan zdrowia więźniów jest tak zły, iż potrzebują aż (!) 50 min. na dojście do zakładów. Ich obuwie, to zniszczone, zdarte drewniaki lub szmaty. Pracują bez śniadania, a przed południem każdy dostaje jedynie talerz zupy. Dalej czytamy: "więźniowie są tak głodni, że szukają odpadków albo żebrzą."
Projekt budowy zakładów zbrojeniowych w Jelczu przy pomocy więźniów po raz pierwszy wysunął Alfred Krupp von Bohlen und Halbach 5 lutego 1942 r. 8 sierpnia 1942 r. m. in. Alfred Krupp, Karol Otto Saur - szef biura technicznego ministra Speera oraz sam minister Speer spotkali się w kwaterze Hitlera, aby podjąć ostateczną decyzję. Na procesie norymberskim,(21 powołany na świadka, K. O. Saur tak opisywał wspomniane wydarzenie: "Pan von Bohlen po rozmowie z Hitlerem wyszedł z jego kwatery głównej z ministrem Speerem do parku na terenie Kętrzyna (Rastenburga), gdzie spacerowałem z innymi panami. Speer podszedł do mnie w obecności pana von Bohlena i poinformował mnie o rozkazie, który wydał teraz Hitler, że zakłady mają być wzniesione i że mamy dać mu każdą pomoc, której potrzebuje. (...) Dowiedziałem się też, że jest to specjalny rozkaz Hitlera, który mamy wykonać." Pytany przez trybunał, dlaczego Hitler interweniował w tej sprawie, Speer wyjaśnił, że Hitler miał wielki szacunek i słabość do nazwiska Kruppa i jego rodziny, ponieważ - powtarzając jego własne słowa - była to "kuźnia oręża dla całych Niemiec." Dalej świadek zeznawał: "Stosunek między Kruppem a nami był zupełnie inny niż stosunki nasze z innymi firmami. Należy to przypisać wyjątkowej pozycji, jaką posiadał. Jedynie zakłady Hermana Göringa miały taką pozycję."
W okresie międzywojennym główny właściciel zakładów zbrojeniowych Gustaw von Bohlen und Halbach (zięć Friedricha Alfreda Kruppa) był dostawcą broni na skalę światową. On także poparł dojście Hitlera do władzy. Natomiast w czasie drugiej wojny światowej, fabryki Kruppa były podstawą przemysłu zbrojeniowego Niemiec. Powstające w Jelczu zakłady miały być wyłączną własnością Kruppa, podobnie jak cała wielka firma ze wszystkimi zakładami zbrojeniowymi. Stało się tak na mocy rozkazu samego Hitlera w 1943 r.
Spodziewano się, że przepustowość stali w jelczańskich zakładach osiągnie normę równą takim fabrykom, jak w Essen i Reinhausen. Imię Bertha nadano fabryce, aby uhonorować matkę Alfreda. Było to jedno z ostatnich życzeń Gustawa Kruppa - ojca Alfreda, zanim uczynił syna swym pełnomocnym spadkobiercą.
Jeszcze w 1942 r. ruszyły prace przygotowawcze, poprzedzające budowę zakładów. Część więźniów z Laskowic pracowała przy ustawianiu baraków z gotowych elementów, w odległości 1,5 km od obozu w stronę Oławy. Inni przygotowywali teren pod budowę zakładów zbrojeniowych. Wszelkimi pracami budowlanymi kierowali niemiecy fachowcy z takich firm budowlanych jak: "ARGE," "Christoph und Unmark," "Glatzer Bau - Ring," "Julius Schallhorn -Berlin," "Henkell und Sohn," "Grün und Bilfinger" oraz "Krupp."
Latem 1942 r., przy wstępnych pracach niwelacyjnych i budowie dróg dojazdowych pracowało prawdopodobnie około 5 000 więźniów, przede wszystkim Żydów z całej Europy. W czasie 9 miesięcy budowy fabryki, jak mówią byli więźniowie, dziennie ginęło kilkaset osób. Pracowników nie brakowało, ponieważ nowych więźniów dowoziły liczne transporty. Komendantem obozu był wtedy niejaki Linder.
W najbliższej okolicy, w czasie wojny był jeszcze jeden obóz - w Rattwitz (Ratowicach). Przeznaczono go dla przymusowych robotników, pełnił funkcję zakładu wychowawczego (Erziehungslager). Przebywało tam około 1 200 więźniów, a każdego nowego witano podobno tradycyjnie 50 batami. Powszechnie wiadomo, że w obozach hitlerowskich stosowano zazwyczaj 3 kary chłosty: 25, 50 i 75 batów, te dwie ostatnie mało kto potrafił wytrzymać.
Kiedy rozpoczęto budowę fabryki Kruppa, zatrudniono tam także robotników z Ratowic. Tymczasem toczyły się rozmowy z Głównym Urzędem Gospodarki i Administracji SS, aby ostatecznie wyjaśnić, skąd sprowadzić więźniów - robotników do fabryki. Kierownikiem urzędu był w tym czasie Obengruppenführer SS Oswald Pohl, natomiast w imieniu koncernu Kruppa rozmowy prowadził inżynier Reiff. Friedrich Krupp popierał pomysł swojego głównego konstruktora, aby zatrudnić tu więźniów żydowskiego pochodzenia. Skierowano więc taką propozycję do Gross Rosen, a kiedy ofertę przyjęto, rozpoczęły się z kolei pertraktacje z właścicielami kilkudziesięciu hektarów gruntów w Fünfteichen, które wstępnie przeznaczono pod budowę nowego obozu. W urzędowym spisie nieruchomości (tzw. księdze katastralnej) wsi Fünfteichen, prowadzonej od połowy XIX wieku do 1944 r., w 1943 r. wykreślono 2 instytucje: "Deutsche Landsiedlung" i "I. G. Farben" oraz 8 nazwisk: Luiza Hellmich, Otto Stein, Georg Huth, Lisabeth Knittel, Johann Schölzel, Jozsef Swoboda, Georg Laber i Maria Wanzek. Jako nowego właściciela gruntów wpisano: "Friedrich Krupp - Bertha Werke." Niedługo potem wykreślono też firmę Kruppa, nie podając jednak nowego nabywcy ziem w Fünfteichen. Możemy się jedynie domyślać, że Krupp był zmuszony sprzedać nieruchomość komuś (a być może jeszcze na tym sporo zarobił), kto nie życzył sobie ujawnienia swojej tożsamości. Najprawdopodobniej chodziło o SS.
Piasek na potrzeby budowy fabryki Kruppa wydobywano w dwóch nowych pobliskich piaskowniach. Oba wyrobiska szybko napełniły się wodą tworząc duże stawy: jeden w Miłoszycach i drugi - większy w Jelczu.
W styczniu 1945 r. wojska rosyjskie zbliżały się do Wrocławia. 17 stycznia pierwsze oddziały wkroczyły na Śląsk. W tej sytuacji, nie zważając na dwudziestostopniowy mróz, szef NSDAP okręgu śląskiego Karl Hanke zarządził ewakuację ludności, zamieszkującej powiaty leżące na prawym brzegu Odry i Wrocławia. Wojska niemieckie zablokowały linie kolejowe i główne drogi, a około milion uchodźców ze Śląska uciekało przed frontem bocznymi szosami.
20 stycznia 1945 r., władze obozowe rozważały ewentualność rozstrzelania wszystkich więźniów Fünfteichen. Heinrich Himmler postanowił jednak, aby przeprowadzić ich do jednostki macierzystej w Gross Rosen, mimo że Hitler wyraźnie rozkazał, aby żaden więzień obozu nie dostał się w ręce wroga.
Następnego dnia (była to niedziela) między godz. 9.00 a 10.00 rano więźniów wyprowadzono na apel, gdzie czekali kilka godzin na śniegu i mrozie. Wszystkim rozdano po kawałku chleba i końskiej kiełbasy. Tymczasem lekarze i esesmani przeprowadzili w rewirze przegląd i selekcję około 900 chorych. Kto tylko mógł utrzymać się na własnych nogach, kwalifikował się do ewakuacji. W barakach szpitalnych pozotało około 800 więźniów. Taką informację W. Michalecki uzyskał od ówczesnego sanitariusza rewiru Jana Pierzchały - wspaniałego człowieka, oddanego i zawsze gotowego do niesienia pomocy. Właśnie jemu W. Michalecki i wielu innych więźniów zawdzięcza życie. Inni słyszeli, że w obozie pozostało 250 - 300 chorych ludzi, ale bardziej wiarygodna wydaje się relacja byłego sanitariusza z obozowego szpitala. Zapewne nigdy nie dowiemy się, dlaczego komendant obozu Otto Stoppel nie zdecydował się na rozstrzelanie obłożnie chorych mężczyzn. Może pozostały w nim resztki ludzkiego sumienia, a może sądził, że i tak umrą. Około godz. 13.00 sześciotysięczna kolumna konwojowana przez straż obozową i przysłanych do pomocy esesmanów Ukraińców, opuściła Fünfteichen. Więźniów pozostałych w obozie pilnowało 4 esesmanów, a 22 stycznia po południu przekazano ich oddziałom wojskowym. Niemcy nie interesowali się chorymi, jak najszybciej opuszczali niebezpieczne miejsce. Prawdopodobnie wtedy wydano rozkaz spalenia obozu, ale spłonęło tylko kilka baraków. Ogromna śmiertelność, przenikliwe zimno w nieopalanych barakach, brak wody, nieleczone choroby, głód, powodowały obojętność i otępienie. Mimo wszystko wycieńczeni i chorzy ludzie próbowali przetrwać. Sami gotowali zupy z resztek zielska i żywności. Złapali i z trudem zabili jakąś bezpańską krowę. Grzebali zmarłych w pobliskim zagajniku przy ogrodzeniu, chociaż jedno ciało z wielkim wysiłkiem ciągnęło do grobu dziesięciu ludzi. Mogiła w miłoszyckim lasku do dzisiaj przypomina tamte wydarzenia.
23 stycznia o godz. 11.00 12 rosyjskich zwiadowców konnych ubranych w białe peleryny wjechało na teren obozu. Dwóch kapo, którzy ukryli się ze strachu wśród więźniów, oddano pod sąd i natychmiast rozstrzelano. Ponieważ chorzy nie mieli ubrania, żołnierze przywieźli do rewiru kolejarskie mundury. Kto tylko mógł, szedł na wschód. Reszta czekała na wojskowych lekarzy.
Najwięcej więźniów przeżyło na chirurgii, w bloku przeznaczonym dla chorych z urazami. W rewirze, w którym leżał W. Michalecki, nikt poza nim nie przeżył.
Rosjanie wyczyścili i wydezynfekowali jeden barak i tam przenieśli wszystkich chorych. Potem przewieźli ich do wojskowego szpitala polowego, gdzieś niedaleko Jelcza. Mimo troskliwej opieki, odżywiania i prób leczenia skrajnie wyczerpanych ludzi, więźniowie masowo umierali. Po kilku dniach, byłych więźniów ułożono na ciężarówce wyścielonej słomą oraz kołdrami i odtransportowano do Częstochowy. W tej grupie, razem z W. Michaleckim, jechały tylko 23 osoby.
Nie sposób uwierzyć, że Fünfteichen uchodził za obóz o lżejszym rygorze. Nie można także pojąć, jak człowiek może dopuścić się tak strasznych i okrutnych zbrodni przeciw drugiemu człowiekowi. Co stało się z sumieniem tych, którzy uznawali siebie za nadludzi i przekraczali wszelkie prawa ludzkie i boskie.
Po podobozie w Fünfteichen nie pozostało dzisiaj prawie żadnych śladów. Żwir wymieszał się z ziemią, chociaż miejscami można go jeszcze wypatrzyć. Niedokładny zarys drogi do zakładów zbrojeniowych widać jedynie z dachu jelczańskiego biurowca. Resztki murowanych bunkrów strażniczych sterczą co prawda w polach, ale są już bardzo zniszczone. Bloki koło torów wykorzystano na mieszkania, a po ogrodzeniu i drewnianych barakach nie pozostało zupełnie nic.
O wydarzeniach sprzed pół wieku przypomina mogiła w lasku w Miłoszycach, granitowy krzyż i głaz postawiony przy bramie miłoszyckiej JZS oraz duży pomnik odlany ze stali, poświęcony pamięci wymordowanych więźniów, na terenie wspomnianych zakładów. Wszelkie znalezione i zebrane pamiątki, np. pasiaki, pejcze,(zdjęcia i dokumenty oraz przybory codziennego użytku zgromadzono w Muzeum Jelczańskim, mieszczącym się w budynku administracyjnym zakładów).

Do strony głównej


Napisz do mnie

Webmaster: J.Urbaniak
Ostatnia aktualizacja 05.08.2003r.