Ksiądz kanonik Aleksander Sinkowski
ur. 03.01.1889 r, zm. 12.12.1951 r.


Niewiele wiadomo o pochodzeniu i młodości ks. Sinkowskiego i Jego posłudze w parafii w Kulikowie.
Wiadomo jednak że pochodził z bogatej rodziny aptekarskiej i w rodowodzie musiał mieć koneksje z austriackimi przodkami.
Jak opowiadał mi onegdaj mój powinowaty i przyjaciel Tadeusz Kuriata s. Bronisława , w czasie pobytu w szpitalu we Wrocławiu przypadkowo dowiedział się od jednego z pacjentów, który znał ks. Sinkowskiego z czasów II wojny światowej, że obronił On jednego ze swoich parafian przed policją hitlerowską w ten sposób, iż zaręczył za Niego swoim słowem powołując się przy tem na austriackie pochodzenie. (sprawa dotyczyła oskarżenia o ukrywanie zbiega z robót przymusowych w niemczech).
Ksiądz Kanonik Aleksander SINKOWSKI przybył do Miłoszyc z Kulikowa w II połowie 1946 i od 4 września 1946 r. objął obowiązki proboszcza.
Jak pisze w swioch wspomnieniach mieszkaniec Miłoszyc Leon Gabryluk cyt.
"I tak męczyliśmy się, aż do przyjazdu ks. Aleksandra Sienkowskiego. Podczas nabożeństw na rozstrojonych organach przygrywał staruszek Trembecki Michał. Grał pięknie, spokojnie i melodyjnie, choć ze śpiewem nieraz były trudności, bo żeby zespolić melodie z kilku regionów Polski i trzech obrządków t.j. rzym.-kat, grecko-kat. i ormiańsko-kat., to jednak potrzeba było wysiłku, ale dzięki staruszkowi, udało się zharmonizować rozśpiewany lud.
Ks. kan. Aleksander Sienkowski też pochodził z Kulikowa, z bogatej rodziny aptekarskiej. Był to staruszek z wyniszczonym zdrowiem i świętobliwy. Poznać było po nim, że dużo przebył i przebolał. Pamiętna była msza św., którą odprawił pierwszą w Miłoszycach, zaintonował wtedy "Boże coś Polskę" i sam płakał.
Był to kapłan z powołania. Podczas wyborów nie poszedł głosować, nie obawiając się szykanów i kar. Swą twardą postawą zaprotestował bezprawiu władz, dyktaturze proletariackiej, przeciwko zakłamaniu powszechnemu i walce z religią. Były to czasy stalinowskich rządów Bieruta i Bezpieki. Chłopów obarczano ogromnymi podatkami i kontygentami jak za Hitlera, widocznie był to wypróbowany sposób gnębienia ludności, na jednych nakładano kary, innych znów zamykano, by później zmusić ich do zakładania "kołchozów".
Ludność z za Buga broniła się jak mogła przed "kołchozami", bo oni już wcześniej doznali tego szczęścia, więc zakładano przymusowo i pod terrorem
(jako ciekawostkę podać należy, że w Miłoszycach jako jedynej w okolicy wsi nie utworzono kołchozu - przypis Webmastera).
Zamykano księży, zamknięto też ks. prymasa Wyszyńskiego, chyba z tym założeniem, że uderzą w pasterza, a rozproszą się owce. Nawet nasze Siostry Elżbietanki wysiedlono i ulokowano w Kobylinie w poznańskiem. Represje Bezpieki się wzmagały, a rozmodlony lud nie ustawał śpiewać "...słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud ...".
Ks. kan. Sienkowski cierpiąco spoglądał na to, co się działo, mówił, że to drugi upadek pod krzyżem, bo pierwszy upadek przeżyliśmy na kresach wschodnich, była to dla nas ciężka "Golgota". On sam musiał przeżyć ciężkie prześladowania i zobaczył, że i tu dzieje się coraz gorzej, posępiał i na twarzy nikt do jego śmierci nie widział wesołości. Z kapłana zamienił się w pustelnika, chodził w starej powycieranej sutannie, odmawiał sobie wszystkiego coby mu miało ułatwić życie. Pani Wanda Rychwicka użyła wiele trudu czuwając nad zdrowiem staruszka. Przykrość sprawiało jej, że gdy ktoś z obcej parafii pytał czemu wasz ksiądz taki biedny, tłumaczyła i pokazywała nowiuteńką sutannę, i że staruszek uparł się, wtedy - mówił - włożę, aż nastąpi prawdziwe wyzwolenie Polski. Jego długie nabożeństwa ekspiacyjne, to głos do nieba wołający o pomstę, to nieskończona prośba niesiona niebiosom o "Wolną Polskę", której nie ujrzał już nigdy. Zmarł 12 XII 1951 r. w opinii wielkiej świętobliwości i spoczął na naszym cmentarzu, by pozostać na zawsze wśród nas.
Ktoś powiedział (chyba żartował), że ten kapłan-patriota kazał, po śmierci pogrzebać się nogami do wschodu, odwrotnie jak tamtych, dlatego że "gdy Lwów wróci do Macierzy, on tam pierwszy pobieży".
Przez cały rok parafialnej żałoby, posługi duszpasterskie sprawował ks. Henryk Osiewicz z Chrząstawy, później nawet nosił się z zamiarem wieś naszą zatrzymać przy swojej parafii. Zarzucał parafii, że nie ma dobrego zabezpieczenia i w obawie przed włamaniem, chciał kielichy zabierać do Chrząstawy i że tabernakulum wzięty od bocznego ołtarza Matki Boskiej jest za słaby i Najświętszy Sakrament nie może tam pozostać.
Wtedy to "przedniejsi z ludu" nie zgodzili się na to, zawołali ślusarza Łuca Jana, który właściwy rozbity tabernakulum z głównego ołtarza naprawił, porobił okucia metalowe i umieścił go z powrotem na swoim miejscu, a tamten drewniany wrócił na boczny ołtarz Matki Boskiej.
Piękna plebania stała pustką, była więc chętką dla wielu niepowołanych lokatorów. Zaczęto więc starania o nowego kapłana na stałe, jeździły delegacje do kurii wrocławskiej i tu niemałe były trudności. Jeżdżono kilka razy, odpowiedź zawsze była ta sama - "brak księży" -, na koniec otwarcie jakiś ks. kanonik powiedział, że "wasza parafia jest za biedna, że u was ksiądz nie wyżyje, a ten co umarł był u was taki biedny, że nawet dziury w sutannie miał powiązane drutami". Na koniec Kuria Biskupia chcąc się pozbyć natrętów, przysłała do parafii Miłoszyc kapłana, był nim ks. Jakub Mikoś."


Jako jedyny z miłoszyckich proboszczów Ks. kan. Aleksander Sinkowski spoczywa pochowany na cmentarzu parafialnym.

Ciąg dalszy w opracowaniu


Do strony głównej


Napisz do mnie

Webmaster: J.Urbaniak
Ostatnia aktualizacja 23.09.2007r.