Wg. Iwona Płaczek - "Jelcz-Laskowice nasza mała Ojczyzna"


Wstępujemy na ziemię, Śląskiem nazywaną,
Ziemię świętą, bo od nas wszystkich ukochaną,
Która od rzeki Ślęzy przybrawszy nazwisko,
Od prawieków pierwotne ma polskie ognisko,(...)
Ale obca nawała, zabrawszy tę niwę,
Usiłowała wszystko zmienić swym zwyczajem,
I mówić, że Śląsk zawsze był niemieckim krajem !
Ale, chociaż odmienne nazwy podawano
Miastom i wsiom i tak je nazywać kazano,
Przecie duch i uczucia polskie się odzywa (...)
I język nasz szacowny, a taki obfity,
Przez pięćset lat ucisku nie został zabity...


Autorem przytoczonych fragmentów jest Bogusz Zygmunt Stręczyński, który w latach 1844/1845 wędrował po Śląsku, a to co go zaciekawiło i urzekło, utrwalił w swoim szkicowniku i wierszach. W ten sposób powstał długi i piękny poemat pt. "Śląsk," składający się z 21 pieśni.

Na temat Dolnego Śląska i większych miejscowości na tym obszarze, ważniejszych wydarzeń historycznych i postaci, które tu kiedyś żyły, napisano wiele książek. Mimo tego, że Jelcz w przeszłości odegrał znaczącą rolę w historii Dolnego Śląska i podobnie jak pobliskie Laskowice posiada bogatą dokumentację źródłową, współcześnie nie opracowano pełnej, wyczerpującej monografii dziejów tych miejscowości. Pod koniec XIX wieku powstała praca P. Pfotenhauera pt. "Schloss Jeltsch bei Ohlau und seine historische bedeutung," natomiast na początku XX wieku A. Wackwitz napisał niewielką książeczkę pt. "Geschichte des Dorfes und der Kirchengemeinde Laskowitz." Zbieraniem informacji o Jelczu i Laskowicach zajmowało się niewielu polskich historyków. Czynili to między innymi prof. Kazimierz Tymieniecki oraz prof. Wiesław Bokajło, który w swojej pracy naukowej interesuje się szczególnie tym tematem. Niedawno ukazała się praca tego autora pt. "Proces narodowościowej transformacji Dolnoślązaków do początków XX wieku," wydana we Wrocławiu nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Można w niej znaleźć wiele ciekawych wiadomości na temat historii Jelcza i Laskowic, bogatą dokumentację źródłową dotyczącą historii tych miejscowości oraz szeroką bibliografię.

Poniższa praca ma charakter popularno - naukowy. Jest to jedynie skrót, szkic historyczny o przeszłości tych ziem. Informacje zgromadzone w tej pracy pochodzą ze źródeł historycznych, archiwów, pozycji historiograficznych, wywiadów i pamiętników. Dzięki uprzejmości i osobistej zgodzie prof. W. Bokajły, za co serdecznie dziękuję, mogłam wykorzystać w maksymalnym zakresie i w dowolny sposób bogate materiały, które zgromadził badając dzieje Jelcza i Laskowic. Ciekawe i cenne okazały się także artykuły i informacje, które otrzymałam w ośrodku Państwowej Służby Ochrony Zabytków we Wrocławiu. Jest wśród nich spis obiektów zabytkowych na terenie gminy oraz studium archeologiczno - architektoniczne C. Lasoty i E. Różyckiej - Rozpędowskiej zamku w Jelczu z 1979 roku, dzięki któremu możemy sobie wyobrazić, jak zmieniał się wygląd warowni od XIII wieku.

Na prośbę Zarządu Miasta i Gminy Jelcz - Laskowice dr hab. Jan Wrabec i mgr Grzegorz Borowski opracowali "Wytyczne konserwatorskie dla studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy Jelcz - Laskowice." Praca pochodzi z 1995 r. i zawiera informacje o reliktach archeologicznych, zabytkach oraz miejscach, w których zachował się historyczny układ przestrzenny - zabudowa, krajobraz naturalny, aleje, cmentarze, parki. W katalogu miejscowości odnotowano dawne nazwy wsi, krótką historię, dane statystyczne, strefy, które należy otoczyć opieką konserwatorską, strefy ochrony krajobrazu, stanowiska archeologiczne oraz wykaz zabytków architektury i budownictwa. Ten obszerny materiał wykorzystałam fragmentarycznie.

Na temat historii podobozu Fünfteichen w Miłoszycach powstało tylko jedno opracowanie zatytułowane "Aż stali się prochem i rozpaczą" autorstwa A. Bułata i W. Dominika. Wydano je nakładem Krajowej Agencji Wydawniczej w 1980 r. we Wrocławiu. Wywiady z byłymi więźniami panami W. Michaleckim, W. Kolendą oraz L. Kosińskim, współautorem wymienionej powyżej pracy, bardzo pomogły mi szerzej i dokładniej poznać rzeczywistość tamtych lat w Jelczu i Miłoszycach.

Każda podana wiadomość czy treść przytoczonych dokumentów, odpowiadają rzetelnej prawdzie historycznej i znajdują potwierdzenie w zapisach źródłowych.

Zasadniczym celem tej pracy jest przybliżenie oraz popularyzacja ciekawych i burzliwych dziejów miejscowości, w której mieszkamy, a o której niewiele wiemy. Pozostało tutaj wiele śladów z przeszłości. Są wśród nich znane wszystkim miejsca i obiekty takie jak pałacyki w Jelczu i laskowickim parku, resztki ruin po zamku nad Odrą, grób w lasku miłoszyckim - pozostałość po drugiej wojnie światowej. Natomiast nie wszyscy wiedzą, że na polach miłoszyckich, tam gdzie rozwidlają się drogi kolejowe w kierunku Wrocławia Głównego i Wrocławia Nadodrze, był podobóz męski, jedna z nawiększych filii obozu koncentracyjnego Gross Rosen, że naprzeciw cmentarza w Miłoszycach biegnie aleja lipowa z czasów napoleońskich, a w starych przyzakładowych budynkach hotelowych w Jelczu trzymano w latach 1952 - 1954 polskich więźniów politycznych razem z esesmanami. O tych i innych miejscach, zabytkach, kulturze, gospodarce, wydarzeniach historycznych i ludziach, którzy to wszystko stworzyli, powinniśmy wiedzieć więcej, ponieważ Jelcz - Laskowice to nasza miejscowość. Tutaj żyjemy, uczymy się i pracujemy.

Po drugiej wojnie światowej przybyli na tereny Jelcza i Laskowic nowi mieszkańcy - osadnicy. Niektórzy przyjechali tutaj z kresów wschodnich, inni osiedlili się tu po powrocie z zesłania w głąb ZSRR, pozostali pochodzą z różnych stron Polski. Niewielu jest wśród nas autochtonów, którzy od pokoleń zamieszkiwali te ziemie. Zatem całe dziedzictwo historii, które wiąże się z ziemią Jelcza i Laskowic otrzymaliśmy po przodkach pochodzenia polskiego, którzy mówili po polsku, mieszkali od pokoleń na tej ziemi i już podczas drugiej wojny światowej albo po jej zakończeniu odchodzili stąd dobrowolnie lub pod przymusem, zostawiając cały swój dobytek i groby swoich przodków. Ponieważ tutaj mieszkamy, mamy obowiązek dbać o ślady przeszłości i poznawać historię tych ziem.

Skąd się wzięły nazwy: Śląsk, Jelcz i Laskowice

W dorzeczu górnej i środkowej Odry leży Śląsk, kraina historyczno - geograficzna Polski. Ta część Śląska, która zamyka się w obrębie województw jeleniogórskiego, legnickiego, wałbrzyskiego i wrocławskiego, należy do Dolnego Śląska. Granice Dolnego Śląska stanowią: od południa granica z Czechami, od zachodu granica z Niemcami, od północy województwa zielonogórskie i leszczyńskie oraz od wschodu kaliskie i opolskie. Obraz geograficzny ziemi dolnośląskiej tworzą: Nizina Śląska, Przedgórze Sudeckie, Masyw Ślęży, Wzgórza Strzegomskie, Wzgórza Strzelińskie oraz pasmo Sudetów, w których wyróżniamy Sudety Zachodnie, część Wschodnich i Środkowe.

Stolicą Dolnego Śląska jest bardzo stary i piękny Wrocław, a w herbie tych ziem widnieje piastowski orzeł śląski. Taki sam uwieczniono na płycie grobowej księcia Henryka IV Probusa, jednego z najwybitniejszych władców śląskich. Cenną kamienną tumbę6 z wizerunkiem księcia możemy oglądać w Muzeum Narodowym we Wrocławiu.

Dawno temu cały Dolny Śląsk pokrywały wspaniałe bory jodłowo - bukowe, dzisiaj rosną tu przede wszystkim świerki, a skupiska starodrzewu należą do rzadkości i są chronione. Większe kompleksy drzewostanu spotykamy jeszcze na Przedgórzu Sudeckim, w samych Sudetach oraz między Miliczem i Trzebnicą. Niżej położone tereny Dolnego Śląska wykorzystane są pod pola uprawne, chociaż gleby nie są tu zbyt urodzajne, jedynie w okolicach Strzegomia, Ślęży i Oławy występują żyźniejsze czarne ziemie.

Klimat jest zróżnicowany w zależności od ukształtowania powierzchni. W Sudetach panuje klimat górski z dużą różnicą temperatur w ciągu doby i znaczną wilgotnością powietrza, na co zdecydowanie wpływają oceaniczne masy powietrza polarno - morskiego. Na Nizinie Śląskiej, w kotlinach i na całym Przedgórzu Sudeckim klimat jest cieplejszy, suchy, bardziej słoneczny, a długość okresu wegetacji roślin wynosi aż 220 dni i jest najdłuższa w Polsce.

Najdawniejsze ślady osadnictwa na tym terenie sięgają czasów paleolitu. W latach około 1400 - 300 p.n.e. ludność Dolnego Śląska należała do rolniczej kultury łużyckiej, nazywanej tak od Łużyc, miejsca, gdzie znajdowały się najwcześniej przebadane cmentarzyska tej kultury. Byli to praprzodkowie Słowian.

W IX wieku Śląsk przypuszczalnie mieścił się w granicach państwa wielkomorawskiego, a w X wieku należał do Czech.

Za panowania Mieszka I, wraz z całym obszarem Śląska, tereny na których mieszkamy, weszły w skład państwa polskiego. Fakt ten potwierdza streszczenie pochodzące z dokumentu, który się nie zachował, zwanego od jego pierwszych słów: "Dagome iudex," co oznacza po łacinie Dagome sędzia. Wspomniany zapis był związany z działalnością dyplomatyczną księcia Mieszka I, a wystawiono go najprawdopodobniej między 990 a 992 r. Treścią dokumentu "Dagome iudex" było oddanie ziem należących do Mieszka I, zwanego tutaj Dagome, pod opiekę św. Piotra czyli papieża. Wśród tych ziem wymieniony został także Śląsk, który został przyłączony do Polski najprawdopodobniej na krótko przed 990 r.

W tysięcznym roku, dzięki staraniom Bolesława Chrobrego, we Wrocławiu założono jedną z trzech pierwszych polskich diecezji, pozostałe powstały wtedy w Krakowie i Kołobrzegu. W tym czasie rozpoczęto też budowę pierwszej, prawdopodobnie murowanej katedry we Wrocławiu.

W roku 1039 czeski książę Brzetysław zajął Śląsk, a w 1050 r. Kazimierz I Odnowiciel odebrał te ziemie, ale musiał w zamian płacić Czechom coroczny trybut, w wysokości 500 grzywien srebra i 30 grzywien złota. W omawianym okresie Śląsk odegrał ważną rolę w walkach z Czechami i Niemcami.

Po śmierci Bolesława Krzywoustego w 1138 r., mocą jego testamentu, Śląsk odziedziczył Władysław II, zwany Wygnańcem. Po 1146 r., kiedy wypędzono księcia z kraju, Śląskiem zarządzał Bolesław IV Kędzierzawy, a później w dalszym okresie rozbicia dzielnicowego władali nim synowie i potomkowie Władysława Wygnańca, przywróceni do władzy po interwencji cesarza. Szczególnie ważne miejsce wśród nich zajmują: Henryk I Brodaty, Henryk II Pobożny i Henryk IV Probus. Pod ich panowaniem Śląsk doskonale się rozwijał. Wydobywano tu złoto, srebro, miedź i żelazo, zakładano nowe wsie i miasta, zaludniano pustki, budowano liczne kościoły, klasztory, szpitale, młyny, karczmy, Unowocześniano sposoby gospodarowania, sprowadzano nowe uprawy. Rozwijało się wtedy rzemiosło, gospodarka rolna, kultura, handel, powstawały drogi, budowle o charakterze miejskim. Śląsk, pod każdym względem, górował nad innymi polskimi dzielnicami. Duże znaczenie w rozwoju ówczesnego Śląska mieli przybysze z Europy zachodniej, między innymi mnisi sprowadzani tutaj do licznie powstających klasztorów. Wśród reguł zakonnych: benedyktynów, kanoników regularnych, premonstratensów, zakonów rycerskich (Krzyżaków, templariuszy i joannitów), wyróżniali się i przodowali pod każdym względem cystersi. Klasztory cysterskie były bardzo bogate i posiadały ogromne majątki ziemskie. Budowano je na planie dużego, regularnego czworoboku.

Mnisi, należący do tych opactw, nosili białe albo szare habity z niebarwionej wełny, nie wolno im było ubierać koszul ani bielizny. Jedli tylko raz dziennie, a podstawą posiłku były jarzyny z solą lub oliwą, owoce i chleb. Mięsa, ryb, jaj, nabiału i tłuszczu nie spożywano. Żyli ubogo, a najmniejsze dochody, które zdobywali inaczej niż pracą własnych rąk, oddawali np. kościołom parafialnym. Rygorystycznie przestrzegali obowiązku milczenia, kontemplacji i ubóstwa. Pomieszczenia klasztorne były bardzo skromne, pozbawione wszelkich ozdób. Wnętrza świątyń zdobiono jedynie krzyżami i witrażami.

Myślą przewodnią każdego mnicha z zakonu cystersów było hasło: "ora et labora" - módl się i pracuj, i początkowo rzeczywiście między pracę i modlitwę dzielono czas w klasztorze. Z biegiem czasu cystersi odstępowali od sztywnych zakazów reguły zakonnej. Bogacili się dzięki różnym dobroczyńcom i otrzymywali liczne dobra ziemskie, których nie zdołali uprawiać własnymi rękami.

Cystersi rozpowszechniali wiedzę z wielu różnych dziedzin, ponieważ potrafili umiejętnie włączyć się w zachodzące na Śląsku przemiany społeczno - gospodarcze. Szczególną zaletą była przy tym doskonała organizacja i rzetelna praca. Cystersi wprowadzali nowoczesne, jak na tamte czasy, sposoby gospodarowania: trójpolówkę i nawożenie ziemi, nowe narzędzia - np. pług żelazny, koła wodne do poruszania miechów kowalskich oraz młynów. Uprawiali nie znane u nas winogrona. Zatrudniali miejscową ludność przy budowie systemów melioracyjnych, zakładaniu stawów rybnych, w warsztatach rzemieślniczych, które osiągały często bardzo wysoki poziom techniczny i artystyczny. W przyklasztornych szkołach mnisi uczyli czytania i pisania, elementarnej wiedzy matematycznej, modlitw i pieśni w języku łacińskim. Opiekowali się także miejscową ludnością, dając schronienie chorym w szpitalach i leprozoriach. Najubożsi mogli liczyć na miejsce w przytułku lub kawałek chleba przy furcie klasztornej.

Cystersi słynęli z umiłowania piękna opartego na prostocie, logice i funkcjonalności, dbali też o rozwój umysłowy i duchowy. W każdym klasztorze znajdowała się biblioteka oraz skryptorium czyli miejsce, w którym ręcznie, z wyjątkowym kunsztem przepisywali i zdobili (chociaż reguła zabraniała) księgi. Podobnie jak inne zakony, cystersi przyczynili się do rozwoju stylu gotyckiego, głównie w architekturze i sztuce. Do cennych zabytków sztuki sakralnej cystersów należą drewniane figurki Madonny z Dzieciątkiem związane z kultem Matki Boskiej, przyjętym za jedną z najważniejszych cech ich pobożności. Na Śląsku istniało 7 klasztorów cysterskich: w Lubiążu, Trzebnicy (jedyny żeński), Henrykowie, Kamieńcu Ząbkowickim, Rudach, Jemielnicy i Krzeszowie.

Książęta śląscy zdobyli w tym czasie wysoką i ważną pozycję w polityce Polski, nic więc dziwnego, że myśleli o zjednoczeniu kraju. Zamiaru tego nie zdołali jednak zrealizować. Po ich śmierci Śląsk rozpadł się na wiele księstewek, pozostających pod władzą różnych linii rodowych piastowskich książąt śląskich. Ułatwiło to władcom czeskim stopniowe polityczne uzależnienie Śląska od korony czeskiej. Najdłużej, bo do 1392 r. pozostało niezależne księstwo jaworsko - świdnickie. Mimo zwierzchności Czech, książęta piastowscy w księstwie legnicko - brzeskim rządzili niemal samodzielnie do 1675 r.

W wieku XV na terenie Śląska toczyły się wojny husyckie (1419 - 1434), natomiast w 1469 r. jego terytorium zajął król węgierski Maciej Korwin. Po jego śmierci w 1490 r. Śląsk podlegał władzy czesko - węgierskich Jagiellonów,Władysława II i jego syna Ludwika II. Od roku 1526, kiedy zmarł Ludwik II, Śląsk wraz z Czechami znalazł się pod rządami austriackich władców z dynastii Habsburgów.

Od XVI wieku nastąpił na terenach Śląska rozwój gospodarki folwarczno - pańszczyźnianej, a schyłek tego wieku przyniósł wraz z reformacją nowe wyznania religijne. Na naszych ziemiach szczególnie wielu wyznawców znalazł luteranizm. W tym czasie, na skutek napływu niemieckiej ludności, zachodnia część Śląska podlegała stopniowej germanizacji, ale na wschód od Odry ludność polska utrzymywała swoją niezależność kulturową i językową.

Konflikty religijne doprowadziły w XVII wieku do wojny trzydziestoletniej (1618 - 1648), podczas której Śląsk uległ spustoszeniu i wyludnieniu. Przez cały ten czas Śląsk należał do Habsburgów, a władcy z dynastii Wazów nie czynili żadnych starań, by powrócił do Polski, mimo że posiadali jako zastaw księstwo opolskie i raciborskie (1645 - 1666). Korzystając z tego król Jan II Kazimierz mógł schronić się w czasie najazdu szwedzkiego w Głogówku.

W połowie XVIII wieku toczyły się tutaj trzy wojny, zwane wojnami śląskimi: pierwsza w latach 1740 - 1742, druga od 1744 do 1745 r. oraz trzecia od 1756 do 1763 r. Pierwszą z nich rozpoczął król Prus Fryderyk II, który chciał przyłączyć Śląsk do swojego państwa, wykorzystując trudną sytuację międzynarodową Austrii. Wojska pruskie wkroczyły wtedy na Śląsk i w 1741 r. podstępnie zajęły Wrocław. Na mocy pokoju zawartego we Wrocławiu w 1742 r. i potwierdzonego w Berlinie (tzw. pokój wrocławsko - berliński), Prusy zagarnęły prawie cały Śląsk i hrabstwo kłodzkie. Przy Austrii pozostały jedynie księstwa: cieszyńskie, opawskie i część karniowskiego, które zwano odtąd Śląskiem austriackim. W kolejnej wojnie, sprowokowanej także przez króla Fryderyka II, przeciw Prusom walczyły bezskutecznie sprzymierzone wojska Austrii i Saksonii. W 1745 r. zawarto więc pokój w Dreźnie, potwierdzający postanowienia traktatu z 1742 r. Trzecią z wojen śląskich określa się czasami mianem wojny siedmioletniej. Podobnie jak dwie poprzednie, zakończyła się zwycięstwem Prus. Ostateczny pokój podpisano teraz w Hubertsburgu w 1763 r., a jego ustalenia potwierdziły warunki dwóch wcześniejszych układów pokojowych. Traktat ten ugruntował panowanie Prus nad ziemiami Śląska.

Na przełomie XVIII i XIX wieku Śląsk był świadkiem buntów chłopskich (w latach 1793 - 1794, 1798 - 1799 oraz w 1811r.) i dwóch powstań tkaczy (w 1793 oraz w 1844 r.).

Wiek XIX przyniósł ze sobą bezwzględną, systematyczną germanizację i rozwój przemysłu, między innymi hutnictwa i górnictwa. Na początku tego wieku zniesiono poddaństwo chłopów (w 1807 r.), potem stopniowo przeprowadzano uwłaszczenie.

W 1821 r. utworzono arcybiskupstwo wrocławskie i tym samym odłączono Śląsk od archidiecezji gnieźnieńskiej.

W okresie Wiosny Ludów (w latach 1848 - 1849) w wielu wsiach i miastach śląskich doszło do wystąpień rewolucyjnych, które nie wpłynęły znacząco na sytuację polityczną i społeczną.

Po pierwszej wojnie światowej mieszkańcy Śląska w trzech powstaniach śląskich (w latach 1919, 1920 i 1921) udowodnili, że pragną należeć do wolnej Polski. Jednak na mocy plebiscytu, przeprowadzonego 20 marca 1921 r., do Polski powróciły tylko ziemie Śląska Górnego i część Śląska Cieszyńskiego. Wrocław i cały Dolny Śląsk nadal należał do państwa niemieckiego. Mimo prześladowań istniały tutaj polskie szkoły i działały polskie organizacje (największą z nich był Związek Polaków w Niemczech).

Śląsk powrócił do Polski dopiero po zakończeniu drugiej wojny światowej i otrzymał wtedy, podobnie jak inne, należące wcześniej do Niemiec tereny, miano "ziem odzyskanych." O tym fakcie zadecydowały międzynarodowe konferencje pokojowe (w Teheranie w 1943 r., w Jałcie w 1945 r. i w Poczdamie - również w 1945 r.), które ostatecznie ustaliły przebieg granicy zachodniej Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Szczególne miejsce wśród polskich dzielnic historyczno - geograficznych zajmuje rzemiosło i twórczość artystyczna mieszkańców Dolnego Śląska. Liczne i bogato wyposażone groby, przedmioty i domostwa odnalezione przez archeologów, wskazują na nieprzerwaną i bardzo aktywną działalność ludzi, zwłaszcza w okresie wczesnopiastowskim. Większość wsi i miast Dolnego Śląska założono w okresie średniowiecza. Już w tamtych czasach dobrze rozwinięta sieć dróg między licznymi osadami i przebiegające tędy dwa ważne szlaki, z południa na północ i ze wschodu na zachód Europy, sprzyjały rozwojowi rzemiosła. Wymiana handlowa z przybyszami z dalekich krajów przyczyniła się także do bogactwa i różnorodności form architektury i sztuki. Mamy więc na Dolnym Śląsku bardzo cenne zabytki z prawie wszystkich okresów kultury występujących w Polsce. Styl romański pozostawił po sobie, między innymi, palatium Henryka Brodatego oraz bezcenny portal dawnego opactwa benedyktyńskiego na Ołbinie. Tympanon tego portalu możemy oglądać w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Zachowało się także wiele rzeźb, malowideł oraz budowli w stylu gotyckim. Kolekcja śląskich drewnianych rzeźb gotyckich, a wśród nich tzw. Madonny na lwie (Madonny z Dzieciątkiem, których podstawę stanowi postać lwa), Madonny na sierpie księżyca (stojące na podstawie tworzącej sierp księżyca), oraz drewniane ołtarze (trójdzielne - tryptyki, oraz pięciodzielne - poliptyki), należy do najpiękniejszych i najliczniejszych w Europie. Zgromadzono je między innymi w Muzeum Narodowym i Archidiecezjalnym we Wrocławiu, a znaczna ich część znajduje się obecnie w Warszawie. ( Wspomnieć tutaj należy, że spośród wielu wartościowych zabytków w okolicach Jelcza-Laskowic; najcenniejszym odnotowanym zabytkiem ruchomym jest kamienna, gotycka rzeźba Madonny z Dzieciątkiem pochodząca z XIV wieku, stojąca przed kościołem parafialnym w Miłoszycach.

Rozmiar: 7200 bajtów

Madonnę z Miłoszyc wyrzeźbił jakiś nieznany artysta śląski w kamieniu. Jest to unikalny przykład wolno stojącej kamiennej rzeźby gotyckiej - przypis webmastera.)Gotyk w architekturze możemy podziwiać na przykładzie zachowanych kościołów, ratuszy i kamieniczek w wielu miastach Dolnego Śląska. W samym Wrocławiu mamy wspaniały ratusz, kościół pod wezwaniem Św. Elżbiety (obecnie w remoncie) w Rynku, kościół N. Marii Panny na Wyspie Piaskowej, katedrę pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, Arsenał Miejski - należący do najstarszych w Europie, a nawet jedną z 39 baszt, która ocalała przy placu Nowy Targ. Z czasów renesansu pozostało wiele domów i pałacyków zdobionych dekoracją sgraffitową, między innymi dom Rybischów stojący przy ul. Ofiar Oświęcimskich 1 - 3, oraz dom "Pod Gryfami" na Rynku 2. Uniwersytet Wrocławski jest przykładem sztuki barokowej, a znajdująca się tam aula Leopoldina reprezentuje najwyższą klasę europejską. Wzniesiono ją dla cesarza Austrii Leopolda I - stąd pochodzi jej nazwa.

Na Śląsku w czasie średniowiecza powstały wspaniałe dzieła sztuki rękopiśmiennej. Należą do nich, między innymi, Kronika Polska z końca XIII wieku, Kronika książąt polskich z drugiej połowy XIV wieku oraz Liber fundationis claustri Sancte Marie Virginis in Henrichow (Księga założenia klasztoru Najśw. Marii Panny w Henrykowie), zwana popularnie Księgą Henrykowską, pisana od około 1270 r. To właśnie w niej opat Piotr, ówczesny przełożony klasztoru cystersów w Henrykowie, napisał pierwsze pełne zdanie w języku polskim: "day ut ia pobrusa, a ti poziwai," co znaczy: pozwól, ja będę mełł, a ty odpocznij. Tak miał powiedzieć Czech Boguchwał Brukał do swojej żony pracującej przy żarnach.

Na Dolnym Śląsku we Wrocławiu, w drukarni Kaspra Elyana, powstała w 1475 r. pierwsza księga zawierająca tekst, modlitwy codzienne, drukowany w języku polskim - Statuta synodalia episcoporum Wratislaviensium (księga synodalna biskupów wrocławskich).

Wymienione wyżej zabytki Dolnego Śląska to tylko nieliczne przykłady. W wielu miejscowościach zachowały się cenne kompleksy architektoniczne, zabudowania poklasztorne, zamki, fragmenty murów obronnych, fosy, kamieniczki, kościoły, młyny, jatki,(6 narzędzia i przedmioty towarzyszące ludziom w pracy rzemieślniczej i domowej, sprzęty domowe, malowidła, rzeźby, ozdoby, księgi i dokumenty a nawet około 400 krzyży pokutnych (między innymi przy kościele parafialnym w Wojnowicach).

Rozmiar: 3065 bajtów

Warto więc zwiedzać i poznawać ziemie Dolnego Śląska, ponieważ ten niewielki obszar był świadkiem niezwykle ważnych, ciekawych i burzliwych wydarzeń historycznych oraz dynamicznych przemian gospodarczych, społecznych i kulturalnych. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele pasjonujących tajemnic oraz cennych i pięknych pamiątek z przeszłości kryją okolice Dolnego Śląska.

Nazwa Śląsk wywodzi się z rdzenia ślęg - albo śląg - tkwiącego w takich polskich wyrazach gwarowych jak ślągwa (wilgotne, mgliste powietrze), ślęgnąć (moknąć, nasiąknąć wilgocią), prześlęgły (przemoknięty). Wilgoć, mgła, duża ilość opadów, to typowe i częste zjawiska atmosferyczne występujące na Dolnym Śląsku i w rejonie góry Ślęży, najwyższego wzniesienia (718 m. nad poziom morza) w Masywie Ślężańskim, wyrastającym na płaskim obszarze Dolnego Śląska. Dawniej wilgotność powietrza na tym terenie była większa i znacznie bardziej dokuczliwa niż dzisiaj. Szersza Odra płynęła wtedy bardziej krętym korytem, więcej rzeczek i strumyków uzupełniało jej stan wody. W niektórych miejscach w czasie dużego przyboru wody szerokość Odry sięgała 7 km. Często tam, gdzie kończyły się rozlewiska Odry, zaczynały się błota i moczary utworzone przez gęstą siatkę rzek takich, jak Widawa, Bystrzyca, Ślęza, Oława i ich dopływy oraz wody gruntowe, których poziom jest tutaj szczególnie wysoki.. Wiele nazw miejscowości na Dolnym Śląsku wiąże się z wilgotnym klimatem i podmokłym terenem: np. Błota, Leśna Woda, Bystrzyca, Ślęża itp.

Szczególnie tajemniczy jest sam szczyt Ślęży, często zamglony i tonący w chmurach. Być może właśnie dlatego w pradawnych czasach Ślęża była ośrodkiem kultu pogańskiego boga słońca Swarożyca. Właśnie na Ślęży odbywały się uroczystości sławiące pogańskie bóstwa, w czasie których błagalne obrzędy, śpiewy i tańce, miały pozyskać ich przychylność. Wokół góry mieli swoją siedzibę Ślężanie, jedno z kilkunastu plemion zamieszkujących ziemie polskie około tysiąca lat temu. Po raz pierwszy nazwa Ślężanie pojawiła się w zapisie z IX wieku, w tzw. "Geografie Bawarskim." Imienia autora tej notatki historia nie zachowała do naszych czasów. Dowiadujemy się z niej, że Ślężanie mieli wtedy piętnaście grodów.

Plemię Ślężan i góra Ślęża dały początek nazwie Śląsk, która jest używana od XI wieku. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w XIX wieku niemieccy historycy wywodzili nazwę Śląsk od germańskiego plemienia Silingów. Dzisiaj wiemy z całą pewnością, że był to błędny pogląd, nie znajdujący potwierdzenia w źródłach historycznych.

Nasza miejscowość jest dzisiaj miastem, ale przed 1987 r. były to dwie wsie leżące obok siebie. Obie mają długie i ciekawe dzieje. Równie interesujące są próby wyjaśnienia, od czego pochodzą ich nazwy. Historykom geneza nazwy Jelcz sprawiła wiele trudności. Próbowano ją wywodzić od słowiańskiego słowa jeleń, stąd jeleń w skoku w znaku fabryki JZS. Sugerowano podobieństwo do polskiego słowa jałowy. Szukano jej związku ze słowiańskim słowem jelec, mającym dwa znaczenia. Jedno z nich oznacza część miecza, poprzeczkę chroniącą rękojeść i tym samym rękę rycerza przed zranieniem. Chociaż w średniowieczu istniały wsie zajmujące się określoną specjalnością, produkcją rzemieślniczą lub rolną (np. Rudniki, Szewce, Piekary, Kobylniki itp.), wydaje się mało prawdopodobne, by istniała wieś zajmująca się wyrobem tylko jednej części miecza. Przyjęto więc, że nazwa osady Jelcz, leżącej od dawien dawna nad rzeką, związana jest z drugim znaczeniem tego słowa, określającym gatunek ryby z rodziny karpiowatych, powszechnie występującej w Odrze. Ryby te dawały się łatwo przechowywać i były bardzo smaczne. Przypuszczalnie mieszkańcy wsi trudnili się łowieniem jelca i dostarczaniem go na pański stół do jelczańskiego grodu.

Istnieje jeszcze jedna wersja pochodzenia nazwy Jelcz. Otóż kiedyś ludzi określano przydomkami nawiązującymi do cech różnych zwierząt. Przydomki te podkreślały np. siłę - stąd Niedźwiedź albo drapieżność - stąd Żbik. Ryba jelec jest podziwiana przez rybaków za spryt. Być może tą cechą charakteryzował się jakiś władca pradawnej osady w miejscu dzisiejszego Jelcza, jego przydomek przejęła wieś, a potem gród.

W zachowanych dokumentach spotykamy wiele form nazwy Jelcz. W bulli papieża Innocentego IV z dn. 9 sierpnia 1245 r. widnieje zapis Jalche, odczytujemy go jako Jelcz. W 1257 r. pojawiła się nazwa Gelc, w 1279 r. - Gelsch, w 1315 r. - Jelze, w 1382 - Jeltsch. Ta ostatnia powtarza się potem na zmianę z fomą Jelcz, chociaż można jeszcze spotkać czasami - Jelcze, Jelc, Jelce, Jelcz, Jalec, Jelec, Jalce, Jelze, a nawet Mały Jalec. W drugiej połowie XIV wieku w kronice napisanej przez Piotra z Byczyny figuruje także zapis Jelczhe.

Pierwotna nazwa Jelcza brzmiała Jelec albo Jalec z miękkim znakiem w miejscu "a" lub "e." Równie tajemnicze i trudne do wyjaśnienia jest pochodzenie nazwy Laskowice. Niemieccy historycy wywodzą ją od niemieckiego słowa Laub - liście, ale nam wydaje się to mało prawdopodobne. Brzmienie nazwy naszej miejscowości przemawia raczej za jej słowiańskim rodowodem. Najprościej skojarzyć ją ze słowem las, które dawno temu oznaczało materiał budulcowy. Bardziej prawdopodobne wydaje się wiązanie tej nazwy z laską opolną. Otóż opola w dawnej Polsce były to grupy kilku wiosek lub małych osad leżących blisko siebie. Ponieważ były otoczone polami, a nie lasami jak pojedyncze osady, nazywano je opolami. Od tego pojęcia, które pierwotnie odnosiło się do Wielkopolski, ponieważ właśnie tam było wtedy najwięcej dużych wsi rolniczych i szerokich pól uprawnych, pochodzi nazwa Polska. W opolach mieszkali chłopi, wolni dziedzice oraz bogatsi ludzie - przodkowie rodów szlacheckich. Wszyscy wspólnie użytkowali sąsiednie lasy, pastwiska, pola, wody i drogi. W czasach wczesnopiastowskich ziemia całego państwa, więc także osady, wsie i miasta, należały do władcy. Nie zawsze jednak osady opolne stanowiły wyłączną własność księcia. Władca mógł obdarzyć nimi zasłużonych wojowników, klasztory czy Kościół albo zrzec się przywilejów lub dochodów (np. opłat celnych) na rzecz kogoś z właścicieli prywatnych dóbr. Zdarzało się również, chociaż rzadko, że książę w opolu nic nie posiadał.

Wszyscy członkowie opola solidarnie pilnowali porządku oraz bezpieczeństwa życia i mienia, razem ścigali złoczyńców, podlegali ustalonym zasadom zwyczajowego prawa i wspólnemu sądownictwu. Mówiąc dzisiejszym językiem, opole to rodzaj gminy, najmniejsza jednostka administracyjna w pierwotnej Polsce. Opolem zarządzali przypuszczalnie naczelnicy mieszkających tam rodów, a wieś do której schodzili się na obrady, nazywano czołem opolnym. Takimi czołami opolnymi były kiedyś przypuszczalnie: Bierutów, Oleśnica, Trzebnica, Oborniki Śląskie, Środa Śląska, Kąty Wrocławskie, Oława i może właśnie Laskowice. Wymienione tutaj miejscowości, więc dawne opola, leżą niemal dokładnie na linii okręgu, mniej więcej w jednakowej odległości od siebie i od Wrocławia. Wszystkie, poza Laskowicami, od dawna posiadają prawa miejskie. Jednak mimo tego, że Laskowice jeszcze do 1987 r. były wsią, z dużym prawdopodobieństwem możemy przypuszczać, że pełniły rolę czoła opolnego, tylko z biegiem czasu, podobnie jak Jelcz, utraciły swoją pozycję. Jedną z przyczyn mogło być oddalenie od szlaków handlowych, które zmieniały się i przesuwały zwłaszcza w ciągu ostatnich 200 lat. Natomiast istotnym dowodem jest także położenie i odległość Laskowic od Wrocławia i najbliższych opoli - Oławy i Oleśnicy. Gdyby w miejscu Laskowic nie było czoła opolnego, jedna z tych dwóch miejscowości stanowiłaby przypuszczalnie zbyt dużą jednostkę administracyjną, co wcale nie znaczy, że wszystkie na tym terenie musiały być jednakowe pod względem ilości wsi i wielkości zajmowanego obszaru.

Kiedy w opolu miał się odbyć wiec lub sąd, lud opolny wzywano, uderzając mocno i głośno laską opolną w drzwi. Zwoływanie ludności do gromady lub do grodu odbywało się w ten sposób, że laskę opolną posyłano z wiadomością od domu do domu. Gdy wiadomość dotarła do wszystkich kolejno, mieszkaniec ostatniej chaty odnosił ją na miejsce zebrania. Każde opole miało swoją laskę opolną. Była ona atrybutem, znakiem starszego opola, sędziego, który według dawnego prawa zwyczajowego i później polskiego, sprawował sądy, otwierał wiece, a potem pełnił funkcję przedstawiciela księcia. Wokół tego warownego miejsca z czasem powstało miejsce handlowe - targ, "rynek."

Laskę opolną przechowywano w najważniejszym miejscu, czyli w osadzie pełniącej rolę czoła opolnego. Zatem nazwę Laskowice możemy wywodzić od laski opolnej, mając jednak na uwadze przede wszystkim czoło opolne, z którym ją identyfikowano. Być może laska, której używano w naszych Laskowicach, była szczególnie pięknie ozdobiona albo większa od innych. W każdym razie możemy przypuszczać, że opole i potem wieś przejęły od niej swoją nazwę.

Najprawdopodobniej nawet bardzo szczegółowe badania historyków nad genezą nazw naszej miejscowości nie dadzą nam nigdy pewnej odpowiedzi na pytanie, od czego pochodzą od dawna znane i używane od wielu wieków, prawdopodobnie niezmiennie, nazwy: Jelcz i Laskowice.

Najdawniejsze dzieje Jelcza i Laskowic

Najstarsze ślady osadnictwa na terenie Jelcza i Laskowic pochodzą z okresu neolitu, młodszej epoki kamiennej (od ok. 4500 do 1800 lat p.n.e.). Są to głównie znaleziska luźne, takie jak toporki czy siekierki oraz kilka osad. Stosunkowo duża liczba stanowisk związana jest z epoką brązu (od ok. 1800 do 400 lat p.n.e.), reprezentowaną głównie przez kulturę łużycką w postaci śladów osadnictwa, osad i cmentarzysk.

Z dużym prawdopodobieństwem możemy przypuszczać, że w tzw. okresie wpływów rzymskich (od ok. 400 lat p.n.e. do 500 lat n.e.) przez tereny Jelcza i Laskowic, wzdłuż rzeki Odry przebiegał szlak bursztynowy, czyli trakt polny wiodący znad Morza Śródziemnego nad Morze Bałtyckie i z powrotem. Tym właśnie traktem wędrowali kupcy, prowadzeni przez przewodników. Nad Morze Bałtyckie wieźli z południa wino, monety oraz srebrne, złote i szklane ozdoby, naczynia, broń i tkaniny. Wymieniali je na cenny bursztyn, który z kolei transportowali nad Morze Śródziemne.

Zaledwie kilka znalezisk archeologicznych na obszarze gminy Jelcz - Laskowice pochodzi z tego okresu.

Liczniejsze stanowiska reprezentują czasy wczesnego średniowiecza (od ok. V do połowy XIII wieku), natomiast najwięcej, przede wszystkim ślady osadnictwa, a szczególnie fragmenty glinianych naczyń, wiąże się z okresem późnego średniowiecza (od połowy XIII do końca XV wieku).

Ogółem odnotowano 185 stanowisk archeologicznych, głównie śladów osadnictwa, osad i cmentarzysk.

Najdawniejsza wiadomość dotycząca Laskowic, zupełnie pewna, pochodzi z 28 czerwca 1203 r. Zawarte tam informacje pozwalają cofnąć historię tej miejscowości jeszcze o mniej więcej sto lat. Otóż w 1203 r. książę z dynastii Piastów, Henryk Brodaty panujący wtedy na całym Dolnym Śląsku, nadał dokument fundacyjny,(9 poświadczający założenie i nadanie wielu przywilejów klasztorowi cystersek w Trzebnicy.30 W dokumencie tym wymienione są wsie, które bezpośrednio weszły w skład posiadłości klasztoru oraz inne, które zostały tam uwzględnione z powodu różnych transakcji poprzedzających założenie klasztoru. Wśród nich zapisano nazwę wsi - Lazcoucki - Laskowice. Dowiadujemy się też, że Laskowice wraz z inną wsią Kamień, prawdopodobnie dzisiejszym Kamieńcem Wrocławskim, (w dokumencie de Kamene) były od dawna przedmiotem starań niejakiego Leonarda, który rozpoczął je jeszcze za życia ojca Henryka Brodatego, księcia Bolesława Wysokiego, w drugiej połowie XII wieku. Książę Bolesław Wysoki panował na Śląsku od 1163 r. Można przyjąć, że Leonard rościł sobie prawa do Kamienia i Laskowic, ponieważ kiedyś należały one do jego rodu. Bolesław Wysoki nie chciał jednak się zgodzić na oddanie wyżej wymienionych wsi. Dopiero Henryk Brodaty w 1203 r., mocą dokumentu fundacyjnego oddał Leonardowi Laskowice, jednak w zamian za inną wieś, Węgrzynowo, podarowaną zamiast Laskowic trzebnickim cysterskom. W 1208 r. i potem jeszcze w 1218 r. Henryk Brodaty wydał nowe dokumenty, w których potwierdził wszystkie wcześniejsze nadania dla klasztoru cystersek w Trzebnicy. Historia Laskowic została w nich ponownie powtórzona. Dokumenty z 1203 i 1208 r. zachowały się do naszych czasów w pergaminowych oryginałach, z częściowo tylko uszkodzonymi pieczęciami. W jednym i drugim dokumencie Leonard nazywany jest mianem "dominus Leonardus". Określenie dominus - pan było w tamtych czasach przydawane duchownym, rzadziej osobom świeckim, wysoko postawionym w hierarchii społecznej. Leonard należał więc do zamożnego rodu. Prawdopodobnie był wnukiem Piotra Włostowica i synem jego najbardziej znanego potomka Świętosława.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że 28 czerwca 2003 r. minęło dokładnie 800 lat od wydania dokumentu Henryka Brodatego.

Piotr Włostowic, to postać tajemnicza i osnuta legendami. Urodził się pod koniec XI stulecia. O jego młodości niewiele możemy powiedzieć, ze względu na brak materiału źródłowego. W historiografii powszechnie przyjęło się zaliczać Piotra Włostowica do bogatego i potężnego rodu Łabędziów, który z dziada pradziada zamieszkiwał ziemie Śląska. Inna z hipotez wskazuje na możliwość pochodzenia rodziny Piotra Włostowica od książąt plemiennych Ślężan. Książę Bolesław Krzywousty powierzył mu najwyższą w państwie funkcję palatyna, posiadającego prawo wykonywania sądów w imieniu księcia, nadzoru nad bezpieczeństwem i porządkiem na dworze władcy oraz wojewody, czyli dowódcy wojsk, w zastępstwie księcia. Włostowic był również krewnym księcia i wychowawcą, a potem także palatynem, jego najstarszego syna Władysława II, nazwanego potem Wygnańcem. Po 1125 r. Piotr Włostowic założył wiele kościołów i klasztorów na Śląsku. Tradycja podaje aż 77 fundacji, ale już Jan Długosz doliczył się tylko 43, co i tak stanowiło ogromną liczbę i dawało Włostowicowi pierwsze miejsce w Polsce pod tym względem. W 1128 r. założył i bogato uposażył dom zakonny dla kanoników regularnych na Ślęży, których przeniesiono potem w 1148 r. na Wyspę Piaskową we Wrocławiu, ponieważ mnichom nie odpowiadał niezdrowy klimat. Inną znaną i znaczną fundacją z 1139 r. było benedyktyńskie opactwo na Ołbinie - ówczesnym przedmieściu Wrocławia. Budowle klasztorne rozebrano, ale do dzisiaj możemy oglądać piękny romański portal z tego opactwa, wmurowany w 1546 r. w zewnętrzną ścianę kościoła Św. Marii Magdaleny przy Kurzym Targu, jednej z najstarszych wrocławskich uliczek.

W wyniku wielu skomplikowanych wydarzeń doszło w 1145 r. do poważnego konfliktu między księciem Władysławem Wygnańcem a Piotrem Włostowicem. Potężny palatyn został porwany, oskarżony o zdradę, skazany na konfiskatę dóbr, oślepienie i wyrwanie języka oraz wygnanie z kraju. Do Polski powrócił w 1147, a zmarł w 1153 r. Natomiast książę Władysław zapłacił za tę decyzję utratą władzy i już w 1146 r. musiał uchodzić z kraju na zawsze. Dlatego historia nadała mu przydomek - Wygnaniec.

O niezmierzonych bogactwach wielkiego i wpływowego wielmoży śląskiego opowiadano legendy. W jego rękach znajdowały się liczne dobra ziemskie leżące przede wszystkim w okolicach Ślęży, na ołbińskim przedmieściu Wrocławia, ale także poza granicami Śląska. Wśród nich była też przez jakiś czas Oława oraz kilka wsi pod Wrocławiem. Istnieją przesłanki, na podstawie których można przyjąć, że Laskowice mogły należeć kiedyś do samego Piotra Włostowica i zostały mu odebrane w 1145 r., w głośnej konfiskacie, przez Władysława Wygnańca, ojca Bolesława Wysokiego i dziadka Henryka Brodatego.

Powrót Laskowic do rąk wnuka Piotra Włostowica, Leonarda w 1203r. był wyrazem pojednania między rodem książęcym a rodami śląskimi, w tym z rodem Włostowiców i rodami krakowskimi. Henryk Brodaty realizował politykę zmierzającą do wzmocnienia gospodarczego i politycznego oraz ostatecznie do zjednoczenia ziem polskich i zakończenia rozbicia dzielnicowego. Cele te mogły być uwieńczone sukcesem jedynie w atmosferze zgody między najpotężniejszymi rodami tych ziem, w myśl starej polskiej sentencji: zgoda buduje, niezgoda rujnuje.

Wspomniana wyżej laska opolna była z pewnością własnością rodową komesa Leonarda Włostowica.

W tym czasie Laskowice zamieszkiwał ród Sułkowiczów. Nazwa Jelcz po raz pierwszy pojawiła się w bulli wrocławskiej wydanej przez papieża Innocentego IV 9 sierpnia 1245 r. Papież przypisał Jelcz mocą tego dokumentu do posiadłości kościelnych diecezji wrocławskiej, zarządzanej wtedy przez biskupa Tomasza. W roku 1268 inny dokument także wymienia nazwę Jelcz. Dowiadujemy się z niego, że Jelcz jest grodem godnym przyjęcia licznego orszaku księcia Włodzisława, sprawującego regencję w księstwie wrocławskim w imieniu małoletniego księcia Henryka IV Probusa, późniejszego władcy Śląska i Krakowa. Prawdopodobnie wspomniany gród powstał znacznie wcześniej i był zapewne kontynuacją poprzednich osad, także o charakterze obronnym. Być może była to warownia w systemie obronnym Ślężan, potem - już w ramach państwa polskiego - w systemie obronnym Polski? Początkowo zamieszkiwał tutaj jakiś ród, ale z biegiem czasu, w trakcie formowania się organizacji państwowej, osada grodowa przeszła w ręce księcia Włodzisława, syna Henryka Pobożnego ówczesnego biskupa salzburskiego, który od 1250 r. współrządził dzielnicą wrocławską z Henrykiem III Białym, a potem po jego śmierci, od 1266 r. ogłosił się jedynym panem tej dzielnicy. Rozbudowę jelczańskiego grodu należącego wtedy do księcia Włodzisława nadzorował niejaki Więcesław, mąż św. Bratumiły znanej nam z "Żywotu św. Jadwigi" (żony Henryka Brodatego).

Na podstawie przekazów źródłowych możemy przypuszczać, że komesami na jelczańskim grodzie byli wtedy panowie z rodu Osinów.

W tym czasie prawdopodobnie wieś Jelcz była typową osadą polską, gdzie domy stały wzdłuż drogi (tzw. ulicówka), a jej mieszkańcy byli Polakami. Jelcz nie posiada dokumentu lokacyjnego,(4 co świadczy o tym, że wieś nie przyjmowała nowych przybyszów. Więc Jelczanie byli tu osiedleni od wieków. Zajmowali się zapewne zwykłymi dla tego okresu posługami na rzecz grodu i na pewno flisactwem, ponieważ osada leżała nad Odrą.

Od 1270 r. dziedzicem wrocławskiej dzielnicy był Henryk IV Probus. Jelcz musiał być ważną siedzibą dla księcia, skoro dokument wydany przez niego w 1279 r. mówi, iż Henryk IV chce koniecznie nabyć wieś Minkowice, ponieważ jest mu ona niezbędnie potrzebna, gdyż ma dogodne położenie w stosunku do Jelcza. Na podstawie tego dokumentu wiemy też, że zamek Jelcz został wtedy rozbudowany. Książę na pewno nie powiększałby tej budowli, gdyby nie miała dla niego istotnego znaczenia.

Z wielką ostrożnością możemy przypuszczać, że w końcu XIII wieku na miejscu dzisiejszego XIX - wiecznego pałacyku w parku w Laskowicach, mogła istnieć drewniana budowla o charakterze myśliwskim. Przemawia za tym istnienie w spisie z 1645 r. nazwy Stary Jelcz w odniesieniu do omawianego miejsca oraz zapis mówiący, że obecna kaplica (ta z 1645r.) powstała w miejscu "kaplicy z okresu polowań."

Po śmierci Henryka IV Probusa w 1290 r., Wrocław miał przypaść Henrykowi głogowskiemu (zwanemu też Głogowczykiem), ale mieszczanie wrocławscy powołali do objęcia rządów Henryka V Grubego. Nowy władca także docenił zalety i znaczenie grodu położonego na wyspie, niedostępnego, leżącego w bezpiecznej odległości od państwa Henryka głogowskiego i nie narażonego, tak jak Wrocław, na jego ataki.

3 marca 1293 r. Henryk V Gruby wydał akt lokujący na prawie niemieckim istniejącą już wieś Laskowice, w książęcym "lesie Laskowiec," nieopodal dawnego gródka Leonarda. Wcześniej gródek ten przypuszczalnie nazywał się Soloszowice. Nową wieś Laskowice ulokowano zapewne kilkaset metrów na północny zachód od dawnej wsi o tej samej nazwie. Ogółem książę przeznaczył na ten cel 40 małych łanów w swoim lesie, leżącym nieopodal Jelcza oraz kwotę 60 grzywien. Zaznaczył przy tym, że zasadźca, którym był jego nadworny kucharz Jakub, ma wyznaczyć 20 małych łanów dla 9 piekarzy, 3 browarników i 7 kucharzy książęcych, których wymieniono z imienia. Dostali oni od 0,5 do 1,5 małego łana, dając między innymi początek wsi Piekary, która pełniła funkcję wsi służebnej.(7 Pozostałe łany otrzymali: 2 Kościół, 1 świadek Piotr Lubno oraz 7 kucharz Jakub, który miał także prawo, z tytułu pełnienia funkcji sołtysa,(8 do udziału w karach pieniężnych, prawo założenia karczmy, młyna, ławy wiejskiej, piekarni, i warsztatu szewskiego.

Uznajemy rok 1293 za początek napływu ludności obcej w okolice Jelcza. Z tego roku pochodzi wiadomość o chłopie Czechu, który tu osiadł. Wśród 15 ówczesnych chłopów odnotowano 14 imion słowiańskich oraz jedno chrześcijańskie, przy czym trudno ustalić jego przynależność narodową. Imion niemieckich nie spotykamy.

Po śmierci Henryka V Grubego w 1300 r., jego trzej synowie: Władysław, Bolesław i Henryk objęli władzę po ojcu i w 1311 r. ostatecznie podzielili Śląsk na trzy dzielnice. Jelcz dostał się w posiadanie Bolesława III, księcia legnicko - brzeskiego i stał się tym samym grodem granicznym między księstwem wrocławskim a dzielnicą Bolesława. Dzięki swojemu strategicznemu położeniu Jelcz zyskał nowe możliwości odegrania ważnej roli w dziejach Śląska, zwłaszcza w czasie zatargu między księciem Henrykiem wrocławskim, a Bolesławem III. Był wtedy ważną i dobrze położoną bazą wypadową w okolice Wrocławia.

9 maja 1329 r. Bolesław III został zmuszony do złożenia hołdu lennego królowi czeskiemu Janowi Luksemburskiemu. Podobny hołd złożyli również synowie Bolesława: Bolesław, Wacław i Ludwik 30 lipca 1343 r. Oba listy lenne między grodami i miastami wymieniają nazwę Jelcz. Już wtedy zamek Jelcz został oddany w lenno rycerskiemu rodowi Borszniców.

Kiedy zniemczony patrycjat Wrocławia zajął stanowisko antypolskie i opowiedział się za zwierzchnością Czech, Bolesław III i jego synowie szukali oparcia u polskich królów: Władysława Łokietka, potem u Kazimierza Wielkiego i w końcu u Władysława Jagiełły. Wydaje się, że nigdy nie zrezygnowali oni z myśli połączenia całego Śląska środkowego z Wrocławiem. Walka z proniemieckim Wrocławiem nie była jednak łatwa. Jawne wystąpienie, zbrojne lub polityczne, spowodowałoby na pewno szybką i skuteczną interwencję Jana Luksemburskiego, zapewne dlatego Bolesław III, aby osiągnąć swój cel posłużył się sprytem i podstępem. Wydany w 1352 r. dokument biskupa wrocławskiego Przecława z Pogorzeli, zażartego wroga Polski, donosi, że "bracia Borsznicowie Konrad i Jan, synowie Hermana, panowie Jelcza, naruszyli prawa sąsiedniego obszaru kościelnego (Ratowice, Kotowice, Miłoszyce), a mianowicie lasy, łąki, wody, rybactwo i bartnictwo. Łupili i grabili poddanych biskupa, uprowadzali, niszczyli i dopuszczali się innych nieprawości." Rozzłoszczony biskup nałożył na nich interdykt, a kiedy i to nie poskutkowało, ekskomunikował42 Borszniców i kazał ich wykluczyć od jedzenia i picia, pozdrowienia, rozmowy, zakupu i sprzedaży, gościny i chrześcijańskiego pochówku." Prawdopodobnie książę Ludwik, a być może już jego ojciec, umyślnie nadał zamek Jelcz wojowniczym Borsznicom, by uczynić z tego miejsca ośrodek dywersji przeciw niemieckiemu patrycjatowi. Po ekskomunice Borsznicowie byli zmuszeni opuścić Jelcz. Władali zamkiem jeszcze do 1398 r., a utracili go także dlatego, że stanęli po stronie księcia Władysława Opolczyka, utrzymującego kontakty z Krzyżakami, którzy szykowali się wtedy do wojny z Polską.

W końcu lat pięćdziesiątych XIV wieku, panem na zamku Jelcz mienił się niejaki rycerz Hogerus z rodu Prittvitz, lennik księcia Ludwika. Protoplastą tego rodu był Piotr de Prawticz. Nazwisko to zapisywano też jako: Priticz, Preticz lub Pretewicz. Polscy Pretwicze mieli w herbie czerwono - białą szachownicę. Już wcześniej, gdy zamkiem władała rodzina Borszniców, do Pretficzów należały Laskowice i przyległe wsie. W 1360 r. dochód z dóbr jelczańskich, Piekar i Laskowic został przepisany na żonę Hogerusa Agnieszkę, a ich najstarszy syn Czenko, jest określony w dokumentach mianem pana Jelcza. Przekazy źródłowe sugerują jednak, że władza Pretficzów w Jelczu była tylko nominalna. Może istniała jakaś tajna umowa między księciem Ludwikiem, Pretficzami i Borsznicami, na mocy której Pretficzowie zarządzali Jelczem tymczasowo. Prawdopodobnie byli jedynie namiestnikami, dzierżawcami dóbr książęcych, ponieważ gród Jelcz znajdował się wtedy w wyłącznej dyspozycji księcia.

W 1375r. książę Ludwik zatwierdził sprzedaż części rocznego czynszu z dóbr jelczańskich braciom: Piotrowi, Hankowi, Janowi i Mikołajowi Ohm przez Jana i Czenka Pretficzów, za zgodą ich matki. Wynika więc z tego, że majątek jelczański musiał być znaczny, skoro przynosił dochody kilku rodzinom.

Podobnie jak Borsznicowie biskupowi Przecławowi z Pogorzeli, tak Pretficzowie narazili się biskupowi Henrykowi z Wierzbna. Powodem sporu był, tym razem, las graniczny. W 1380 r. książę Ludwik przyznał las kapitule wrocławskiej, natomiast Pretficzowie mieli prawo do wycinania tam drzew na budowę domu w Jelczu. Drewno było potrzebne przypuszczalnie do naprawy grodu albo do wznoszenia budynków gospodarczych.

W 1380 r. Pretficzowie zwrócili Jelcz Borsznicom, pobierając od nich 500 grzywien, którymi pokryli koszt renowacji posiadłości. Nadal całkowite zwierzchnictwo nad Jelczem było zastrzeżone dla księcia Ludwika. Kilka lat później Borsznicowie odkupili od braci Ohm część rocznego czynszu z Jelcza i tym samym stali się znowu pełnoprawnymi właścicielami dóbr jelczańskich. Pretficzowie osiedlili się w tym czasie w Laskowicach, wiemy też, że posiadali majątki w księstwie oleśnickim. Pan księstwa oleśnickiego opowiedział się przeciw Władysławowi Jagielle i być może ten fakt oraz propaganda krzyżacka spowodowały, że przedstawicieli tego rodu spotykamy już w latach 1384 - 1398 w szeregach Zakonu Krzyżackiego. Niejaki Kasper Pretficz był między innymi komturem(5 Brzeziny w okręgu elbląskim i krzyżackim wójtem Świdwina w okolicach Koszalina. Jacyś Pretficze walczyli też w bitwie pod Grunwaldem po stronie Zakonu, w drużynie księcia Konrada oleśnickiego. Co ciekawe, w Złotej Księdze Zakonu z tamtych czasów, do której wpisywano darowizny oraz kosztowności i złoto pozostawione w depozycie w Malborku przez dowódców rot i gości Zakonu, figurują jako towarzysze Janusza Borsznica - Jan, Mikołaj i Piotr Pretficzowie.

Pod koniec XIV wieku Jelcz stracił dawne znaczenie. Książę Ludwik zrzekł się w 1383 r. praw do Wrocławia i związał się z polityką króla polskiego Władysława Jagiełły. Po śmierci Ludwika w1398 r. Borsznicowie opuścili Jelcz. Wiemy jednak, że w innych rejonach Polski posługiwali się tytułem Jelcz - Borsznic. Panami jelczańskiego grodu po 1398 r. byli Henryk VIII i Henryk IX.

Rok 1420 był początkiem wojny husyckiej, prowadzonej pod hasłami "ubogiego kościoła" i powszechnej równości, w Czechach i krajach ościennych w latach 1419 - 1434. Wojna toczyła się między zwolennikami czeskiego reformatora religijnego Jana Husa, a obrońcami dawnego porządku. Jednocześnie w miastach narastał konflikt między plebsem i niemieckim patrycjatem. Ówczesny cesarz niemiecki Zygmunt Luksemburski, nieprzejednany przeciwnik husytów, w opanowanym przez siebie Wrocławiu kazał stracić 23 przywódców wystąpień przeciw najbogatszym mieszkańcom tego miasta. W 1425 r. na Śląsk wkroczyły oddziały taboryckie W 1427 r. husyci zajęli część Śląska i równocześnie rozeszła się wieść, że kierują się przeciwko nim wojska polsko - litewskie. Stojąc na granicy księstwa wrocławskiego, Jelcz odzyskał dawne znaczenie. Tutaj przebywał wtedy kolejny pan Jelcza książę brzeski Ludwik, który w 1428 r. zapisał "dom Jelcz" swojej żonie Małgorzacie - księżniczce opolskiej i siostrze Bolka V opolskiego. Mocą tego dokumentu książę opolski Bolko stał się opiekunem jelczańskiego majątku. Książę Ludwik uczynił ten krok, aby Jelcz nie dostał się w ręce niemieckie. Zygmunt Luksemburski nie darzył Bolka V opolskiego sympatią. W ten sposób Jelcz znalazł się między twierdzami będącymi ostoją polskości i ruchu husyckiego. Kto wie czy właśnie z jelczańskiego grodu książę Bolko nie zamierzał uderzyć na majątki biskupie i księstwo wrocławskie w 1430 r. wiedząc, że położenie Jelcza nad Odrą czyni go niezdobytym. Wyprawa przygotowana przez patrycjat wrocławski i biskupa Konrada w 1433 r. ominęła Jelcz, natomiast w pobliskiej Oławie dokonano masakry husytów i, jak pisano, później "napełniono nimi studnie."

Brak zdecydowanej postawy państwa polsko - litewskiego wobec sprawy śląskiej i upadek ruchu husyckiego, były przyczyną powstania w 1433 r. ogólnego związku książąt śląskich, którego celem było utrzymanie pokoju w kraju. Ludwik brzeski nie tylko musiał przyłączyć się do spisku, ale na polecenie biskupa Konrada oleśnickiego, przywódcy spisku, musiał sprzedać mu Jelcz za 100 kóp groszy reńskich. Miało to miejsce w 1433 r. Równocześnie Ludwik zobowiązał się "uwolnić zamek Jelcz od swego szwagra Bolka opolskiego i jego synów, opiekunów żony Ludwika, Małgorzaty." Jelcz został więc przyłączony do innych posiadłości biskupa Konrada oleśnickiego, mianowicie do Kotowic, Ratowic i Miłoszyc. Jak na tamte czasy cena Jelcza była bardzo wysoka, aby ją zdobyć, biskup musiał zastawić inną swoją posiadłość - Biskupice. Jednak już w 1440 r. Konrad oleśnicki oddał dobra jelczańskie w zastaw rycerzowi Wawrzyńcowi von Rovan, ponieważ popadł w długi. Po pół roku Jelcz wrócił do biskupa, gdy ten oddał rycerzowi dług w wysokości 1 200 złotych guldenów węgierskich i był jego domem od 1444 r. do śmierci (1447 r.). Przekazy źródłowe informują nas, że żyło mu się tutaj dobrze i wesoło.

W tym czasie księżna Małgorzata bezskutecznie próbowała odzyskać prawa do Jelcza. Wiemy, że adwokatami w tej sprawie byli: wrocławski archidiakon Otto von Beess i rycerz Mikołaj z Jaryszowa.

Nowy biskup wrocławski Piotr Nowak, po naradzie z kapitułą wrocławską w 1452 r., postanowił sprzedać zamek Jelcz wraz z wsią o tej samej nazwie, wsią Piekary, dochodami z cła lądowego i wodnego oraz wszystkimi prawami, także sadowniczymi, które książę Ludwik brzeski przelał na biskupa Konrada oleśnickiego. Nowym właścicielem jelczańskiego zamku został Jan Kotuliński, szlachcic z Górnego Śląska, a zapłacił za nabyte dobra 600 grzywien w groszach. W zamian za zwolnienie ze wszystkich posług i danin został lennikiem kolejnych biskupów wrocławskich. Po jego śmierci (w 1506 r.) zamek i wieś Jelcz odziedziczyli syn Janek z żoną Katarzyną, a Piekary i 50 węgierskich guldenów drugi z synów Jana Kotulińskiego - Mikołaj.

Tymczasem rodzina Borszniców prawdopodobnie nie wyrzekła się praw do Jelcza. Na podstawie dokumentów widzimy ich udział w majątku jelczańskim. Wiadomo także, że żoną Jana Kotulińskiego była Małgorzata z domu Borsznic. Jej rodowy upór i zawziętość dały znać o sobie w czasie kłótni z miastem Oławą w 1481 r. o cło na Odrze. Jako rozjemca sporu musiał interweniować wrocławski biskup Rudolf.

W 1507 r. Jelcz znowu zmienił właściciela. Janek Kotuliński sprzedał zamek Jelcz, karczmę z młynem i wieś znanemu humaniście Janowi Metzlerowi, szwagrowi biskupa Jana Turzona. Za Jana Metzlera poręczyli: Konrad Borsznic, Mikołaj Kotuliński z Piekar i Jan Reidburg. Postanowiono przy tym, że "dzwony zabrane kościołowi mają być zwrócone." Z powyższej informacji wynika, że w jelczańskiej wsi musiał być kościół zbudowany zapewne dużo wcześniej, natomiast nie wiemy dokładnie, na czym polegał konflikt dotyczący wspomnianych dzwonów.

Źródła historyczne dostarczają nam informacji, z których wynika, że rodzina Kotulińskich dążyła do stałego związania się z jelczańskim majątkiem. Od cesarza Maksymiliana I, po długich staraniach, Mikołaj Kotuliński otrzymał tytuł barona Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Wydarzenie to miało miejsce w październiku 1508 r., więc rok po sprzedaży zamku Jelcz przez brata Janka. Podstawą do otrzymania tego tytułu był jelczański majątek i prawdopodobnie usługi ofiarowane przez Mikołaja Habsburgom. Sądzimy tak, ponieważ sama procedura otrzymania tego znaczącego miana trwała długo i była najprawdopodobniej niezgodna z prawem. Tylko właściciele wolnych majątków mogli otrzymać tytuł barona, a Kotulińscy byli przecież lennikami wrocławskiego biskupa.

Kotulińscy szybko nawiązali sąsiedzkie stosunki z okolicznymi rodami i umocnili swoją pozycję na tym terenie. Siostra Janka i Mikołaja Kotulińskich wyszła za mąż za pana na Laskowicach Mikołaja Pretficza - Hoygera. Druga z sióstr, Barbara, poślubiła w 1498 r. Bartłomieja Muensterberga z Minkowic.

Za długi Jana Metzlera, Jelcz po jego śmierci przeszedł w ręce Wawrzyńca Sablata z Tręczyna, a 15 maja 1508 r. kupił go bogaty wrocławski kupiec Konrad Sauermann.

Saurmowie pochodzili z małego miasteczka Gefrees, leżącego niedaleko granicy czeskiej w paśmie Rudaw. Konrad przybył do Wrocławia razem ze swoimi stryjami, także kupcami, Sebaldem i Kasprem. Pozostał tutaj, a jego krewni podążyli dalej. Wiemy o nim, że szybko dorobił się znacznego majątku na handlu i lichwie.50 Był katolikiem. Mawiał o sobie, że pochodzi z frankońskiego rodu, a jego ulubionym powiedzeniem było "ibi patria ubi bene," czyli: tam ojczyzna, gdzie dobrze. Za Jelcz zapłacił 3 400 złotych guldenów, a biskup Jan Turzon potwierdził akt zakupu z tytułu swojej zwierzchności lennej nad dobrami jelczańskimi. W latach 1506 - 1514 Konrad Sauermann piastował najwyższe godności miasta Wrocławia. Był rajcą 51 ławnikiem,52 starszym rady miejskiej i nawet starostą. Ustąpił z rady miejskiej w 1515 r. Interesował się górnictwem, a handlując w Polsce i poza jej granicami dorobił się wielkiego majątku. O jego bogactwie świadczy fakt, że w 1510 r. miał w Wenecji należności na 6 100 talarów. Pod datą 1519 w annałach zgorzeleckiego burmistrza i kronikarza Jana Haase czytamy, że Konrad Sauermann zobowiązał się dostarczyć wielkie ilości płótna dla Ludwika - króla Węgier i Czech. Zatem musiał to być wyjątkowo przedsiębiorczy, sprytny i mądry człowiek. Nic dziwnego, że pierwszy z Saurmów na jelczańskich włościach mógł sobie pozwolić na renowację i budowę umocnień obronnych oraz wspaniałe wyposażenie zamku. Na podstawie opisów Hansa Lutscha z drugiej połowy XIX wieku wiemy, że Konrad kazał wzmocnić skarpę wału obronnego. Odbudował pochodzący z XIII wieku portal, czyniąc z niego istotny element obronny, tzw. bramę odrzańską, zbudowaną na wzór bramy zakonu Joannitów w Stargardzie na Pomorzu. W ten sposób powstał tunel w skarpie wału, niewidoczny od strony Odry, ponieważ zasłaniał go blok piaskowca. W mury zamku zostały wbudowane bloki ciosanego piaskowca z otworami strzelniczymi, które były u góry prostokątne, a u dołu okrągłe. Data wyryta na jednym z tych ciosów, zdaniem wspomnianego Hansa Lutscha mówiła o tym, że przebudowę zamku zakończono w 1518 r.

Konrad Saurman zdobył wśród śląskich rodów pozycję godną pełnionych funkcji i potężnego majątku. Wśród jego gości spotykamy np. w 1525 r. księcia Jerzego Brandenburskiego, krewnego Fryderyka legnickiego. Wiemy też, że Saurmowie utrzymywali kontakty z najzamożniejszymi rodami na Śląsku: Rederami, Dohnami i Püclerami. Syn Konrada, Jerzy pełnił funkcję proboszcza katedry wrocławskiej i równocześnie pozostawał w służbie Habsburgów. W 1527 r. jako ich posłaniec udał się do Rzymu i tam tragicznie zginął. Aby wynagrodzić zrozpaczonemu ojcu utratę syna, wdzięczny cesarz Karol V obdarował go w 1550 r. tytułem szlacheckim. Skróceniu uległo z czasem brzmienie nazwiska Sauermannów na Saurma. Potem, kiedy ich pozycja i prestiż dorównały najznamienitszym rodom śląskim, Saurmowie zaczęli używać bardziej arystokratycznej formy: von Saurma - Jeltsch.

Konrad Saurma umarł w 1554 r., przekazując swojemu najstarszemu synowi Konradowi II wielki majątek. Poza zamkiem i wsią Jelcz należały do niego także wsie: Piekary, Ratowice, Jeszkowice, Lipniki, Janików, Starościna (opolska), Wojnowice, Wójcice i Gniewków lub Gniewkowo. Nazwa tej ostatniej miejscowości jest w dokumencie niewyraźnie napisana. Pozostawiając całość zgromadzonych dóbr w rękach najstarszego syna, założyciel rodu zabezpieczył je przed rozdrobnieniem, roztrwonieniem i upadkiem. Saurmowie w każdym pokoleniu mieli wiele dzieci. Ich synowie i córki wżeniali się w okoliczne rodziny zapewniając stabilność i wzrost znaczenia rodowemu majątkowi. Dzięki koligacjom z Pretficzami w ich rękach znalazły się Laskowice. Stosunki rodzinne z rodami Kotulińskich i Borszniców ugruntowały posiadanie Jelcza, a musimy pamiętać, że miały one różne prawa do tych posiadłości z racji nabytych w przeszłości wielu praw i dóbr należących do majątku.

W XVI wieku w Europie nastąpiła reformacja - ruch religijny zmierzający do odnowy i naprawy stosunków panujących w Kościele Katolickim. Nowe poglądy na sprawy wiary stały się podstawą wyznań protestanckich (przede wszystkim luteranizmu i kalwinizmu). Po wystąpieniu Marcina Lutra w 1517 r. reformacja ogarnęła wiele państw europejskich. Powstawały w nich organizacje kościelne, grupy wyznaniowe (np. anabaptyści) i kościoły narodowe (kościół anglikański) niezależne od papieża. Próby zahamowania postępu reformacji przez sam Kościół Katolicki i władze świeckie doprowadziły do długich i krwawych wojen religijnych w Niemczech i we Francji, które zakończyły się uznaniem wyznań protestanckich przez prawo.

Piastowie śląscy chętnie przechodzili na wiarę protestancką, ponieważ przejęli majątki kościelne na własność i zyskali większą swobodę polityczną. Książę legnicko - brzeski Fryderyk II przyjął wyznanie luterańskie już w 1523 r., natomiast w jego księstwie proces sekularyzacji dóbr Kościoła katolickiego i przechodzenia na nowe wyznanie zakończył się w 1534 r.

Chłopi, przyzwyczajeni od pokoleń do liturgii i obrzędów rzymskokatolickich, początkowo niechętnie przystępowali do nowej wiary. Nic na tym nie zyskali. Opłaty świadczone do tej pory na rzecz katolickiego proboszcza przejął protestancki minister, a ilość dni wolnych od pracy, z okazji różnych świąt, znacznie się zmniejszyła. Z czasem jednak dawni katolicy stali się gorliwymi protestantami. Do zboru przyciągała ich ojczysta mowa. Tutaj słuchali liturgii w języku polskim, nie w obcym i trudnym do zrozumienia języku łacińskim.

W księstwie brzeskim największa parafia protestancka obejmowała Jelcz, Laskowice, Piekary, Dziuplinę, Grędzinę, Janików i Brzezinki. Jej siedziba mieściła się w Laskowicach. Nie znamy nazwisk pierwszych pastorów, listę kaznodziei protestanckich możemy odtworzyć dopiero od 1564 r. Nie ulega jednak wątpliwości, że w tym czasie, wszyscy po kolei uważali język polski za ojczysty, chociaż prawdopodobnie utożsamiali się bardziej ze Ślązakami niż Polakami.

Następstwem reformacji było ożywienie życia religijnego oraz rozwój oświaty, muzyki i literatury kościelnej. Protestanci uważali, że liturgię należy głosić w zrozumiałym, ojczystym języku. Powszechne zastąpienie łaciny językiem narodowym wywołało w początkowym okresie protestantyzmu bardzo szybki rozwój rodzimego piśmiennictwa religijnego. Podobnie było na ziemiach polskich, a protestancka parafia laskowicko - jelczańska i jej pastor Simon Figuliusz, zajmują szczególne i ważne miejsce w polskiej literaturze kościelnej. Otóż Simon Figuliusz, który przybył do Laskowic z podwrocławskich Swojszyc, zakończył około 1573 r. pracę nad pierwszym polskim mszałem rękopiśmiennym. Dzieło to zawierało Listy Apostolskie oraz Ewangelie i liczyło 292 strony. Na karcie 210 autor napisał: "Simon Figuliusz polanczyk na ten czas fararz w Laskowicach." Ten cenny rękopis jest przechowywany w Bibliotece Kapitulnej we Wrocławiu. Pastor Simon Figuliusz nauczał w tutejszej parafii do 1587 r.

Po śmierci Konrada II w 1561 r., Jelczem zarządzali kolejni, najstarsi potomkowie rodu: Walenty, w latach 1581 - 1583 Jan, a od 1586 r. do 1618 jego brat Konrad V.

1 maja 1569 r. dobra Saurmów zostały wydzielone z posiadłości biskupów wrocławskich i uznane za majątek dziedziczny. Osobowość prawną tej decyzji potwierdził 18 marca 1570 r. cesarz Maksymilian II i w 1586 r. biskup wrocławski Andrzej. Mocą tych dokumentów majątek jelczański nie został jednak całkowicie oddzielony od własności biskupiej i dlatego Saurmowie nie mogli dysponować nim w dowolny sposób. Nie mieli prawa sprzedać Jelcza ani go zastawić. Taki majątek określamy w historii mianem fideikomis.

Silna, wielka, liczna, dobrze ustosunkowana rodzina Saurmów bardzo dbała o swoją koronną posiadłość - Jelcz. Wiemy o tym dzięki zachowanemu spisowi inwentarzowemu, który sporządzono 17 maja 1618 r. na życzenie wdowy po Konradzie Saurmie IV, Anny Eleonory. Anna zabiegała w kurii biskupiej o pomoc w przyznaniu spadku po zmarłym mężu. Majątek przyznano jej dożywotnio, a wspomniany dokument pozwala poznać stosunki panujące na zamku jelczańskim i przyjrzeć się codziennemu, zwykłemu życiu w tamtych czasach. Czytamy w nim, że w piwnicy zamku pod zbrojownią było pomieszczenie pełniące funkcje tajnego archiwum, gdzie w specjalnych skrzyniach przechowywano różne, ważne dokumenty. W 4 takich skrzyniach znajdowało się 46 dokumentów pergaminowych dotyczących Jelcza oraz 65 dotyczących Gniewkowa. W osobnej skrzyni leżały testamenty, kontrakty, akty własności i dokumenty zakupne. Następna mieściła dokumenty Starościny namysłowskiej, Jeszkowic i Jankowic. W jeszcze innej ułożono pergaminy dotyczące Wojnowic, poza tym 60 skryptów dłużnych i poręczeń na większe i mniejsze sumy.

Zamek jelczański posiadał bogatą, jak na tamte czasy, bibliotekę. Zgromadzono w niej 220 woluminów o treści prawniczej, przeważnie autorów włoskich, francuskich i łacińskich. Stały tam także księgi o różnorodnej treści, 27 in folio, 30 quarto i 11 octavo.61 Oprócz nich znajdowało się tam 13 polskich i czeskich modlitewników, śpiewników i zbiorów kazań. Tylko 4 egzemplarze o tematyce sakralnej były napisane w języku niemieckim, co budziło zdziwienie dziewiętnastowiecznych historiografów niemieckich. A przecież ta biblioteka, kompletowana przez wszystkich poprzednich właścicieli Jelcza, musiała zawierać dokumenty i księgi napisane przede wszystkim w ich ojczystym, polskim języku, w którym modlili się i porozumiewali na co dzień. Na podstawie przekazów źródłowych wiemy, że Saurmowie też musieli nauczyć się języka polskiego.

Dzięki spisowi inwentarzowemu z 1618 r. znamy w przybliżeniu wygląd niektórych pomieszczeń mieszkalnych. Wiemy, że w izbie gościnnej stało 7 łóżek z baldachimami i zasłonami, a 4 izby mieszkalne obito barwnymi dywanami. W zamku była też zbrojownia, ozdobiona portretami nieżyjących już Bernarda i Konrada Saurmów, pędzla Adama Pogela. Na wyposażeniu zbrojowni było także 37 halabard, 6 strzelb i 26 muszkietów. Nie znana nam ilość mizerykordii, mieczy, rapierów i sztyletów leżała w skrzyniach. Zamku strzegło 19 dział na lawecie i 9 moździerzy.

Na wodzie przy wyspie zamkowej pracował młyn na statku, przytwierdzony do brzegu żelaznymi łańcuchami. Trzeba przyznać, że taki młyn zainstalowany na statku był rzadko spotykanym urządzeniem gospodarczym, za to mełł zboże nawet w okresie największej suszy, w przeciwieństwie do zwykłych młynów, jakie posiadali Pretficzowie. Naprzeciw zamku wybudowano browar, w którym wytwarzano piwo. Wyrabiało się je z chmielu, który z powodzeniem uprawiano już od XIII wieku w okolicach Jelcza. W omawianych czasach produkcja piwa rozwinęła się tutaj na wielką skalę. Tuż przy brzegu Odry znajdowały się zagrody dla 23 mlecznych krów, 313 cieląt i 66 świń. Jelczański folwark posiadał ponadto 38 koni i źrebaków, 20 wołów, 35 krów, 72 gęsi i po 4 indyjskie (lub indiańskie) kury i kaczki. Największy dochód przynosiła jednak Saurmom hodowla owiec, z których wełnę sprzedawano na słynnym wrocławskim targu - w Rynku, po stronie nie istniejącego już dzisiaj domu wagi miejskiej. Dawniej znajdowała się ona w miejscu, gdzie z Rynku wchodzi się w ulicę Ruską, około 50 m od ratusza miejskiego.

Jak widać majątek jelczański w XVII wieku bardzo dobrze prosperował i przynosił znaczne dochody. Saurmowie dbali o swoje dobra, kupowali nowe ziemie, zakładali coraz więcej folwarków, instalowali nowoczesne, jak na tamte czasy urządzenia, budowali pomieszczenia gospodarcze, rozwijali hodowlę zwierząt. Z rozmysłem wykorzystywali wszystko to, co można było pozyskać z okolicznych ziem. Niewiele jednak mogliby dokonać bez codziennej, mozolnej i ciężkiej pracy pańszczyźnianych chłopów, którzy nie mając żadnych praw, musieli bez możliwości jakiegokolwiek sprzeciwu, wykonywać wszystkie polecenia swoich panów i nadzorców.

7 kwietnia 1623 r. zamek spłonął, a razem z nim duża ilość zboża, mąki i czystego słodu. Niewykluczone, że wiązało się to z falą wystąpień chłopskich, po wybuchu powstania czeskiego. Prace nad odbudową zamku zlecono znanemu fortyfikatorowi Walentemu Saebischowi. Projekt zakładał modernizację i budowę nowych umocnień obronnych, ale wydarzenia toczącej się wtedy wojny trzydziestoletniej, przeszkodziły w realizacji planów. Mimo to Jelcz leżący na trakcie wiodącym z Oławy do Oleśnicy oraz z Oławy do Wrocławia, na granicy ziem koronnych i protestanckiego księstwa brzeskiego, w miejscu dogodnym do kontrolowania Odry, był znowu ważnym punktem strategicznym.

W 1624 r. biskupem wrocławskim został 11 - letni królewicz Karol Ferdynand z rodu polskich Wazów (syn polskiego króla Zygmunta). Najprawdopodobniej od tego momentu Saurmowie próbowali oderwać, całkowicie oddzielić swoje dobra od biskupstwa wrocławskiego, a tym samym uzyskać pełną samodzielność i niezależność. Byli lojalni wobec cesarza i biskupa, ale wiemy, że po cichu sprzyjali protestantom i byli gotowi w każdej chwili przejść na ich stronę, co dodatkowo sprzyjało chęci uzyskania całkowitej swobody prawnej. Sprawę tę powierzono do rozpatrzenia Jakubowi Schiokfussowi, radcy i fiskałowi legnicko - brzeskiemu, który na podjęcie decyzji w tej sprawie miał tylko jedną noc z 2 na 3 stycznia 1631 r. Schiokfuss napisał na ten temat traktat liczący 7 stron i w 12 punktach rozważył wszystkie argumenty za i przeciw. Za podstawę analizy posłużył mu list zakupny z 1452 r. Ostatecznie zadecydował, że Jelcz pozostanie nadal lennem biskupim. Saurmowie musieli więc stanąć w szeregach stronnictwa cesarskiego oraz przyjąć i utrzymać na zamku załogę cesarską.

Zanim na dobre na Śląsku rozpętała się zawierucha wojenna, laskowiccy chłopi wytoczyli Pretficzom proces. Inicjatorem był sołtys Marcin Włoch, który funkcję tę pełnił od 1584 r. Podstawą sporu był dokument lokacyjny z 1293 r. (ostatni odpis tego dokumentu pochodzi z 1580 r.), który gwarantował chłopom wolny wypas zwierząt w lesie i prawo zbierania drewna na opał, w zamian za usługi na rzecz dworu: za każdą furę drewna przypadającą na łan ziemi chłopa, miał on zwieźć do dworu takich fur 12. Poza tym na czas wyjazdu pana z dworu, dwóch wyznaczonych przez pana wieśniaków miało dniem i nocą pełnić tam stróżę. 11 października 1628 r., zgodnie z prastarym polskim prawem obyczajowym, odbył się sąd - wiec. Przy czym miejscem obrad nie były Laskowice, lecz Piekary leżące na terytorium dawnej kurii książęcej w Jelczu. W skład sądu wchodzili: sołtys, ławnicy i starsi wioski, a przewodniczył jego obradom urzędnik sądu dworskiego z Jelcza Fryderyk Krause, który przypuszczalnie symbolicznie reprezentował księcia. Sądom tego rodzaju ówczesna doktryna i praktyka prawnicza nie przyznawała żadnej sankcji, czyli postanowienie takiego wiecu nie miało mocy wyroku sądowego, było nieważne w świetle prawa. Zatem Pretficz nie musiał się obawiać żadnego wyroku, a tym bardziej konsekwencji prawnych. Mimo to osobiście i dobrowolnie przybył na rozprawę, aby załagodzić spór. Na podstawie zachowanego dokumentu wiemy, że na wspomnianym procesie językiem urzędowym był język polski. Fryderykowi Krause przebieg rozprawy i mowy stron na język niemiecki tłumaczył proboszcz z Wojnowic Jan Waltsgott.

Tymczasem na Śląsku trwała wojna trzydziestoletnia. Toczyła się ona na terytorium Rzeszy Niemieckiej od 1618 do 1648 r., między obozem habsbursko - katolickim, a obozem protestantów. Brały w niej udział prawie wszystkie państwa zachodniej i środkowej Europy. Do konfliktów zbrojnych doprowadziła rywalizacja Francji z Habsburgami oraz narastające w Niemczech w drugiej połowie XVI i na początku XVII wieku sprzeczności społeczno - polityczne i religijne. W obronie swych interesów protestanci niemieccy utworzyli Unię Protestancką, a katolicy Ligę Katolicką. Wojska cesarskie pod dowództwem Wallensteina i Lichtensteina walczące na Śląsku miały początkowo przewagę nad protestantami i bezkarnie terroryzowały mieszkańców tej dzielnicy. Sytuacja zmieniła się w 1631 r., gdy protestanckie oddziały szwedzkie pod dowództwem króla Gustawa Adolfa pokonały pod Breitenfeld katolicką armię Tillyego. Po śmierci Gustawa Adolfa w 1632 r., Wallenstein zajął Śląsk ponownie, mszcząc się bezlitośnie na ludności za jej przychylną postawę wobec Szwedów i Sasów. W tej sytuacji książęta Brzegu, Legnicy i Oleśnicy oraz miasto Wrocław zawarli z wojskami szwedzkimi tzw. koniunkcję, mającą na celu walkę o tolerancję religijną. Postępowanie Wallensteina zmusiło wkrótce ich przywódców do ucieczki, z Janem Christianem brzeskim na czele. Gdy w lutym 1634 r. wódz cesarski został zamordowany, generałowie protestanccy Brenner, Duval i Arnim znowu wkroczyli na Śląsk.

Przez cały ten czas doskonale ufortyfikowany, chroniony przez rzekę jelczański zamek pozostał niezdobyty. Przechodząca tędy armia szwedzka, maszerująca spod Wrocławia do Brzegu, także nie mogła pokonać cesarskiej załogi stacjonującej w Jelczu. Zamek poddał się dopiero 22 lipca 1634 r. Okoliczności tego wydarzenia tak opisał później Chrystian Rechtreu: "Posłali wrocławianie szwedzkiego porucznika Spremberga z jego saskimi najemnikami, do których dołączyła się kupa luźnego motłochu żądnego łupu. Wiedli ze sobą kilka dział, a rej między nimi wodził Długi Gotfryd Błażek (Blasch), karczmarz i rzeźnik. Zbombardowali zamek i uderzyli na ludzi cesarskich, których wysiekli." Biorąc pod uwagę późniejsze przekazy źródłowe mówiące o tym, że Jelcz zamieszkiwali Polacy wyznania augsburskiego, wrocławianie mieli w tym wypadku ułatwione zadanie. Niewykluczone, że sami Saurmowie pomogli Sprembergowi, choćby wskazując im tylko znane, słabe punkty obrony zamku. Dodajmy, że podczas szturmu nic się Saurmom nie stało, być może nie było ich wcale w Jelczu w tym czasie. Ponad 6 i pół roku protestancka załoga broniła się w jelczańskim zamku, mimo że wokół od 1635 r. akcję pacyfikacyjną prowadziły wojska katolickiej ligi. W ciągu 1640 r. wojska cesarskie pod dowództwem generała Mansfelda uzyskały znaczną przewagę, rozprawiając się wszędzie w okrutny sposób z mieszkańcami za sprzyjanie Szwedom. Na początku nowego roku katolickie oddziały generała Goltza wzięły zamek Jelcz szturmem. Wrogowie przeszli wtedy przez lód po zamarzniętej Odrze. W tym czasie, dokładnie 9 stycznia 1641 r. został zabity strzałem z pistoletu Hans Dytrych Saurma. Strzelił do niego jeden z cesarskich żołnierzy. Oficjalna wersja tego wydarzenia podaje, że stało się to podczas szarpaniny między "zabójcą a jego ofiarą" o konia, którego żołdak chciał zrabować Saurmie. Nie dowiemy się już nigdy, jak było naprawdę. Wydaje się jednak prawdopodobne, że śląski magnat mógł zostać zabity z rozmysłem, w akcie zemsty za swoje jawnie demonstrowane sympatie wobec protestantów. Niewykluczone, że również za domniemaną zdradę Saurmów w lipcu 1634 r., kiedy dobrze strzeżony i niedostępny letnią porą zamek dostał się w ręce protestanckiej unii. Dodajmy, że żołnierze nie pozostawili wtedy przy życiu nikogo z cesarskiej załogi. Najprawdopodobniej potem żołnierze cesarscy musieli doszczętnie splądrować zamek i spustoszyć wieś, skoro po skardze wniesionej na nich przez Saurmów do samego cesarza, usiłowali całą winę zepchnąć na Szwedów. Natomiast w dowód wdzięczności, aby wynagrodzić rodzinie stratę Hansa Dytrycha oraz uhonorować jego męczeńską (?) śmierć, a także za cierpienia jakich doznali od Szwedów i dowody ich (naszym zdaniem dość wątpliwej) lojalności wobec cesarza, otrzymali Saurmowie w 1647 r. tytuł baronów cesarstwa rzymsko - niemieckiego. Aby upamiętnić wydarzenie ze stycznia 1641 r., w XVIII wieku wystawiono Hansowi Dytrychowi Saurmie kapliczkę na drodze wiodącej z Jelcza do Miłoszyc, która stoi do dzisiaj przy ulicy Fabrycznej w Jelczu.

Przez cały 1642 r. wojska cesarskie znowu niepodzielnie panowały na Śląsku. Zarówno dowódcy wojskowi jak zbrojąca się ludność śląska potrzebowali pieniędzy, dlatego konfiskowano majątki i ściągano zaległe podatki. 23 lipca 1641 r. główny poborca podatku od piwa w księstwie brzeskim doniósł Wyższemu Urzędowi Śląskiemu o niezwykłym urodzaju chmielu na jelczańskich ziemiach. Już 3 dni później otrzymał polecenie odzyskania zalegającego podatku od piwa, w wysokości 416 talarów. Bracia Leuthold i Wolf Saurmowie wysłali do urzędu prośbę o zwłokę, zobowiązując się do zapłacenia zaległości natychmiast po sprzedaży świeżo pędzonego piwa. Nie mamy innych wiadomości na ten temat, ale możemy domyślać się, że Saurmowie zapłacili zaległy podatek, kosztem dodatkowych obowiązków nałożonych na poddanych.

W kwietniu 1642 r. szwedzki generał Tortenson, po rozgromieniu armii księcia Franciszka Albrechta, opanował Śląsk, więc role znów się odwróciły. Lata 1643 i 1644 były spokojniejsze, ale w 1645 r. ponownie szwedzka kawaleria pod dowództwem generała Koenigsberga zajmowała podgórskie miejscowości i brała udział w potyczkach z wojskami katolickimi na Śląsku. Przez cały ten czas załoga cesarska w Jelczu dzielnie i skutecznie broniła zamku. Jednak dwukrotne oblężenie musiało zamek poważnie nadwyrężyć, skoro 22 grudnia 1644 r. Wyższy Urząd Śląski, pamiętając o sympatii Saurmów do protestantów, pisał: "ponieważ nieprzyjaciel zajął Oławę, może pokusić się również o zdobycie Jelcza." Było to umyślne i wyraźne ostrzeżenie przed jakąkolwiek próbą oderwania się od obozu katolickiej ligi. Panowie Jelcza doskonale zdawali sobie sprawę, że oddanie zamku w ręce protestantów, a tym samym jawne zerwanie zależności lennej od zwierzchnictwa biskupów wrocławskich, groziło prawną i zbrojną interwencją cesarską. Zdawali sobie również sprawę z tego, że w każdej chwili biskupi mogli, z racji swoich praw lennych, wykorzystać jeczański majątek dla celów Kościoła. Tymczasem związek z należącymi do Unii Hohenzollernami, którzy zawarli ugodę dotyczącą dziedziczenia po książętach brzeskich, mógł przynieść konkretne korzyści materialne jelczańskim właścicielom. Zatem Saurmowie znaleźli się w trudnej sytuacji, z której potrafili mimo wszystko mądrze wybrnąć. 27 listopada 1645 r. podzielili majątek na dwie części, co dawało większą szansę na zrealizowanie dawno planowanego zamiaru.

Do pierwszej części należały: "zamek, folwark i wieś Jelcz z pustkami, górny młyn, leżalnie piwa w Jelczu, Piekarach, Nowym Dworze, Wojnowicach, Jaszkowicach i Jankowicach, chmielnik, cło lądowe i wodne z Odry, Odra górna od granicy oławskiej, aż do starej stodoły na cegły, jeziora po obu stronach rzeki i stawy: Młyński, Kotuliński, Myśliwski i Zamkowy. Łowiska ryb w Młynówce od Grobli Korzennej (Warzeldamme) do dolnego młyna. Pastwiska i łąki, Łęg, kawałek za jeziorem Słoneczny Kąt (Sonnenwinkel) i Kegelplan, starojelczańskie, Kałuża (Kahlen lub Kauen), Wielka i Mała Brześcina, Mogiła (Moylecka), Wertep, pastwiska za jeziorem Tzoyren (Jeziore).

Do drugiej części należały: wieś i folwark Piekary, Nowy Dwór, cło lądowe z Piekar i rzeczne z Ratowic, pastwiska Kokutka i Wielki Las. Stawy: Sienny, Żabi (Krote - później osuszone pastwisko dla koni rasowych), Cynowy, trzy przystanie, folwark Ratowice, dolny młyn naprzeciw Ratowic oraz dolna część Odry od drogi ceglanej do granicy Gajkowa wraz z Jeziorem i grzęzawiskami, wieś i folwark Gniewków.

Las mał być wspólny, a żołędzie dla świń, miód, jagody, dziczyzny i zwierzęta złapane w potrzask będą użyte po połowie. Piekary i Nowy Dwór zostaną oddzielone od Jelcza, granica miała iść wzdłuż granicy laskowickiej w górę pól jelczańskich, stąd lasem dębowym do grobli na stawie Siennym, tak daleko jak staw Sienny i Cynowy wlewają się do młyna Gorzucha. Część tę zamykają Wojnowice, Jankowice, folwark Jeszkowice, Starościna i Kamień." Wolf Albrecht wziął 20 kwietnia 1646 r. część pierwszą, a starszy Leuthold drugą.

Przytoczony tekst źródłowy nie jest dla nas całkowicie czytelny i jasny. Nie znamy dokładnego znaczenia niektórych dawnych, zapomnianych, nie używanych dziś pojęć. Możemy jedynie próbować zrozumieć je i wytłumaczyć. Podobny problem stwarzają nazwy, ponieważ z upływem czasu zmieniały się, a o innych po prostu zapomniano. Nie zawsze potrafimy ustalić, gdzie leżały wymienione młyny, przystanie i stawy. Niektóre z nich przestały istnieć, ponieważ Odra zmieniała swoje koryto. Wiemy, że kilka stawów zasypano lub osuszono, wycięto wiele lasów. Dzięki rowom melioracyjnym wyschły mokradła, zatem lokalizacje osad i dróg także ulegały przesunięciom. Pamiętajmy i o tym, że wiele problemów stwarza samo odczytywanie rękopiśmiennych tekstów.

Każdy mieszkaniec naszej gminy wie, że w okolicy jeszcze dzisiaj znajdują się liczne, chociaż zazwyczaj nieduże stawy. Na podstawie przekazów źródłowych możemy przypuszczać, że niektóre z nich powstawały celowo. Prawdopodobnie już około XIII wieku na tych terenach mnisi z benedyktyńskiego klasztoru Św. Wincentego, fundowanego przypuszczalnie przez Piotra Włostowica w 1193 r., prowadzili na dużą skalę hodowlę ryb. Powstał tutaj również skomplikowany system rowów połączonych z naturalnymi strumieniami, jeziorami i sztucznymi stawami. Dodajmy, iż od 1253 r. aż do czasów pruskich, do benedyktynów należały nieprzerwanie Dziuplina oraz Dębina, a 40 łanów należących do Dębiny było własnością klasztoru co najmniej od drugiej połowy XIII wieku. Potem o dębińskie łany toczył się długotrwały spór i ostatecznie klasztor je utracił.

Tymczasem wojna trzydziestoletnia zbliżała się powoli do końca. W grudniu 1646 r. szwedzki generał Gundy pokonał cesarską załogę w Jelczu, jak podają źródła, podstępem. Przypuszczalnie wykorzystano lód na Odrze, podobnie jak w styczniu 1645 r. Przez cały następny rok, z Jelcza i Oleśnicy, Szwedzi dokonywali systematycznych napadów na oddziały cesarskie, umocnione na przedmieściu elbląskim Wrocławia. Doskonała pod względem strategicznym pozycja pozwoliła im również skutecznie blokować Wrocław, który tym razem pozostał wierny cesarzowi. Zamek na Odrze strzegł, by nie przepłynął tędy żaden prom, tratwa czy szkuta. Taki stan rzeczy utrzymał się do pokoju westfalskiego podpisanego w 1648 r. Na mocy postanowień tego pokoju, w państwach podległych koronie czeskiej zakazano wyznawania religii protestanckiej, natomiast książęta Legnicy, Brzegu, Wołowa, Oleśnicy i miasto Wrocław otrzymali prawo do wyznania augsburskiego.

24 marca 1650 r. Wolf Albrecht Saurma kupił za 9 000 talarów i roczną dożywotnią rentę, od zadłużonego Jana Ernesta Pretficza, pałac w Laskowicach, folwark Dębina, tzw. nowy folwark, niższe i wyższe sądownictwo, prawo polowań, prawa lenne do kościoła i dzikie stadniny. Niedługo potem zamieszkał tam, pieczętując akt kupna małżeństwem z Marią Pretficz. Laskowickie dobra leżały na terenie księstwa brzeskiego, dlatego ich właściciel był chroniony postanowieniami pokoju westfalskiego, a co za tym idzie, nie musiał ukrywać swoich protestanckich przekonań. Być może była to jedna z przyczyn, dla której Saurmowie zdecydowali się na zakup tych ziem. Z drugiej strony było oczywiste, że dziedzictwo księstwa brzeskiego po śmierci piastowiczów obejmą protestanccy Hohenzollernowie. Zatem przynajmniej część majątku Saurmów pozostałaby wolna od zwierzchności biskupa wrocławskiego. Z najcenniejszej posiadłości - Jecza, który dał im nazwisko i pozycję, Saurmowie nie mogli zrezygnować. Panem tych włości pozostał nadal Leuthold Saurma.

Wiele informacji o polskiej mowie w naszej miejscowości dostarczają raporty i zapisy, odnotowane w księgach wizytatorów kościelnych wrocławskiej diecezji katolickiej. Są one tym bardziej wiarygodne, że sporządzali je Niemcy, będący na ogół nieprzychylni Polakom. W czasie wojny trzydziestoletniej Jelcz należał do parafii Miłoszyce, która wraz z parafią Wojnowice posiadała jednego proboszcza i skrybę. Raport wizytacji z 1638 r. donosi, że na jej czele stał proboszcz znający oprócz języka polskiego także niemiecki. Dalej czytamy, że "ubodzy chłopi trzymają się uparcie języka polskiego i trwają na ogół przy wierze katolickiej." Później, dzięki raportowi z wizytacji w 1648 r. dowiadujemy się, że w Jelczu odprawiał nabożeństwa pastor luterański, który musiał ustąpić miejsca księdzu katolickiemu w 1648 r. Notatka superintendenta Jana Letschiusa z Brzegu, pochodząca z 4 października 1651 r. i zapisana w księgach wizytacji Laskowic donosi, że: "Jelcz jest filią. Piekary i Dębina należą tutaj. Dziuplina trzyma się gościnnie kościoła. Przedtem nabożeństwa odbywały się jedną niedzielę w Laskowicach, drugą w Jelczu (...) Polski i niemiecki w Laskowicach, w Jelczu jedną niedzielę niemiecki, drugą polski..."

Jak wynika z informacji wizytatora wrocławskiej diecezji katolickiej z 1666/67 r., po zlikwidowaniu ewangelickiego zboru w Jelczu (na mocy edyktu z 1652 r.), język polski pastora z Laskowic dopomógł ludności Jelcza i okolic w wytrwaniu przy wyznaniu ewangelickim, mimo represji. Wieś Jelcz nadal tylko formalnie należała do parafii miłoszyckiej, gdyż, jak podaje wspomniane źródło historyczne, "faktycznie uznawała tylko luterańskiego kaznodzieję z Laskowic, który odprawiał nabożeństwa po polsku." Prawdopodobnie wsparcie polszczyzny autorytetem Kościoła spowodowało ograniczenie wpływów języka niemieckiego w Ratowicach i Łęgu, gdzie początkowo chrzty odbywały się w języku polskim i niemieckim, a później, ze względu na brak chętnych, udzielano ich tylko po polsku. W niedalekich Minkowicach Oławskich i Bystrzycy nabożeństwa odbywały się po polsku i po niemiecku.

Wymienione sprawozdania świadczą o silnej więzi etnicznej(5 i kulturowej ludności wiejskiej, mieszkającej wtedy w okolicach Jelcza i Laskowic. Po polsku modlono się, rozmawiano, śpiewano pieśni znane od pokoleń. Z tym językiem wiązały się starannie pielęgnowane odwieczne zwyczaje i obrzędy. Język polski łączył katolików i protestantów w obliczu groźby wynarodowienia.

Ziemia brzeska, wbrew przewidywaniom Saurmów, przeszła w ręce korony czeskiej, dobra jelczańskie zostały podzielone na dwie części, a wojna częściowo zrujnowała mozolnie i pieczołowicie gromadzony majątek.

Saurmowie potrzebowali teraz pieniędzy na odbudowę zniszczonych zabudowań mieszkalnych i folwarcznych, uzupełnienie wyczerpanych zapasów oraz odnowienie pogłowia zwierząt, przede wszystkim owiec. Otwarcie kanału łączącego Odrę ze Sprewą mobilizowało możnowładców na Śląsku do intensywnej produkcji zboża, które można było szybciej dostarczyć i sprzedać na zachodzie Europy. Tym kanałem płynęły do Holandii dorodne dęby, także z okolic Jelcza i Laskowic. Saurmowie wykorzystywali wszelkie sposoby, by majątek powrócił do dawnej świetności. Cały ciężar tych przedsięwzięć ponosili chłopi pańszczyźniani.

Od 1697 do 1710 r., panem jelczańskich dóbr był baron Wolf Ernest von Saurma - Jeltsch, który zainwestował znaczne sumy w odrestaurowanie jelczańskiego zamku. Odnowiono i ozdobiono komnaty, przyjmowano gości. Pod datą 1737 r. spotykamy notatkę o jelczańskim zwierzyńcu, jednym z najbardziej okazałych na Śląsku. Jelcz odzyskiwał dawną pozycję. Trwało to jednak niedługo. W następnych dziesięcioleciach powoli, stopniowo, ale nieustannie zamek jelczański zaczął popadać w ruinę.

Po śmierci przedsiębiorczego barona Wolfa Ernesta majątek odziedziczył, równie ambitny jak ojciec, syn Johnn Leuthold. Dzięki jego usilnym staraniom połączono w 1723 r. ziemie jelczańskie i laskowickie w jedną całość. Następcą Leutholda został jego starszy syn Johann Fryderyk, natomiast młodszemu Johannowi Antoniemu zapewniono stanowisko prałata wrocławskiej katedry i dożywotni dochód z jelczańskiego majątku. Antoni, chętniej niż w rodzinnym domu, przebywał w swojej rezydencji w pobliżu wrocławskiej katedry. Tam przeniósł się ostatecznie w latach czterdziestych, a jego matka także z czasem zamieszkała we Wrocławiu, w domu Saurmów przy ulicy Urszulanek.

Niezbyt korzystnie, w porównaniu z dobrami jelczańskimi, przedstawiały się w tym okresie dobra laskowickie. Wsie nawet w połowie nie dorównywały stanowi sprzed wojny trzydziestoletniej, ponieważ zabudowania zostały w znacznym stopniu zniszczone, a liczba ludności wyraźnie się zmniejszyła. Stawy hodowlane, zwłaszcza Grędziński i Stary oraz bruzdy doprowadzające do nich wodę pokryły się trawą i zaroślami. Zrujnowane były młyny i urządzenia nawadniające, a pastwiska zarastały lasem. Podobnie zabudowania dworskie nie dorównywały randze i wspaniałości zamku w Jelczu, ale były wystarczająco solidne, wygodne i obszerne. Składały się z domu mieszkalnego, dziedzińców, browaru, stodoły, stajni dla koni, obór dla wołów i krów, owczarni i domu owczarza oraz trzech domów pańskich we wsi. Całość otaczał drewniany parkan z dwiema bramami wychodzącymi na pola, przez które gnano bydło i zwożono płody ziemi, a także trzema bramami pańskimi. Furty naprzeciw kościoła dodatkowo strzegły drewniane blanki. W 1734 r. ziemie laskowickie przejął rycerz zakonu maltańskiego Johann Fryderyk, który miał zamiar zawładnąć całym majątkiem Saurmów.

Jelcz i Laskowice pod panowaniem pruskim

Dla losów Śląska, a tym samym dla Jelcza i Laskowic duże znaczenie miały trzy wojny śląskie, w wyniku których Śląsk trafił pod panowanie Prus. Toczyły się one w latach: od 1740 do 1742 r., od 1744 do 1745 r. oraz trzecia tzw. wojna siedmioletnia od 1756 do 1763 roku. Ostatecznie zakończył je pokój podpisany w Hubertsburgu w 1763 r., który potwierdził warunki poprzednich układów i przyznał Śląsk Prusom.

Tym razem zawierucha wojenna ominęła Jelcz, który okazał się w nowych warunkach niegroźnym i mało ważnym punktem strategicznym. Zamek zupełnie stracił swoje znaczenie po regulacji Odry w drugiej połowie XVIII wieku (rozpoczęto ją w 1785 r.). Był teraz oddalony od głównego nurtu rzeki o około 2 km, dlatego przestał pełnić dotychczasowe funkcje. W tej sytuacji Saurmowie zdecydowali się przeprowadzić do Laskowic Tam było spokojniej i dojazd bryczką do Wrocławia, Oławy, Bierutowa, Namysłowa lub Oleśnicy był dogodniejszy niż po terenach nisko położonych i często zalewanych przez powodzie. W starym, rozsypującym się zamku pozostała jedynie siedziba urzędu sądowego, dla potrzeb którego dobudowano więzienną wieżę. Kilka pomieszczeń przypadło dzierżawcy browaru, który warzył podobno znakomite piwo.

Na regulacji Odry wzbogacili się Saurmowie i okoliczna ludność. Właściciele majątku jelczańskiego zyskali nowe dochody ze sprzedaży drzew z jelczańskich i laskowickich lasów, ceł drogowych i rzecznych oraz kanału spławnego w Janikowie. Natomiast poddani z Jelcza, Ratowic, Kotowic czy Czernicy mogli znaleźć pracę na rzece przy spławie drewna i zboża lub przy budowie łodzi.

Tymczasem pałac w Laskowicach stał się oficjalną siedzibą Saurmów, a Franciszek, spadkobierca po Dominiku Saurmie, skupił w ten sposób w swoich rękach wszystkie ich posiadłości. W 1797 r. przebudowano laskowicką siedzibę w lekkim neoklasycznym stylu, z greckimi kolumnami w fasadzie zdobiącej trzypiętrową część centralną. Rok później rodzina barona Franciszka Saurmy von Jeltsch otrzymała tytuł hrabiowski. Równocześnie zdecydowano o budowie nowego, obszernego i wygodnego pałacu w Jelczu. Zamek nad Odrą był bliski ruiny, a koszty jego renowacji znacznie przewyższały możliwości hrabiów. Poza tym bezpieczna warownia nie była im już potrzebna, ponieważ nastały spokojniejsze czasy. Byli właściciele naszych okolic potrzebowali teraz obszernej i wygodnej rezydencji, by pomieścić liczną rodzinę i wielu gości. Podobnie jak zamek, nowy pałac miał być ulokowany na prawym brzegu Odry, w miejscu dawnego, istniejącego od 1650 r. dworku myśliwskiego. Neogotycką budowlę wykończono w 1829 r., a właściciele majątku jelczańskiego - rodzina hrabiego Gustawa Saurmy - wprowadzili się tam "ledwo obeschły tynki." Pałac otaczał park urządzony w najmodniejszym angielskim stylu, a we wspaniałej oranżerii rosły nawet banany. Chlubą jelczańskich panów była także stadnina koni, a wyhodowane tam klacze, już po pierwszym pokazie w Oławie jesienią 1836 r., zaczęły cieszyć się ogromnym powodzeniem na całym Śląsku. Wiemy również, że w 1843 r. można było wygodnie dojechać z jelczańskiego pałacu do Oławy starannie wybrukowaną drogą.

Pruska okupacja Śląska przyniosła korzyści jedynie niektórym feudałom i przybyłym na te tereny junkrom pruskim. Zadłużone zazwyczaj dobra przywracano do dawnej świetności dzięki większym wymiarom pracy pańszczyźnianej chłopów. Tę tanią i niewyczerpaną siłę roboczą wykorzystywano również przy produkcji wyrobów rzemieślniczych w ówczesnych manufakturach. Czasami przynosiły one właścicielom znaczne zyski i stanowiły poważną konkurencję dla rzemiosła miejskiego. Mimo bezlitosnego wyzysku chłopów, Śląsk nie nadążał za produkcją przemysłową na zachodzie.

Również w tych ciężkich czasach Saurmowie należeli do bogatszych rodów na Śląsku, podobnie jak Posadowscy czy Maltzahnowie. W 1750 r. zawarto kontrakt dotyczący wdowy po Leutholdzie. Dowiadujemy się z niego, że po wojnie trzydziestoletniej dobudowano nowe skrzydło zamku. Mieściły się w nim pokoje: stołowy, sypialny, zielony, czerwony i kominkowy.

W porównaniu z okresem sprzed wojny trzydziestoletniej zmniejszyła się liczba owiec, ale zwiększyła liczba jagniąt. Można więc przypuszczać, że trzeba było około stu lat, by stan hodowli zbliżył się do poziomu z 1618 roku.

W 1791 r., z okazji objęcia dziedzictwa przez opiekunów małoletniego Franciszka, syna Sebastiana Regalii Saurmy, sporządzono spis przypadających mu dóbr. W skład majątku wchodziły wtedy: Górny i Dolny Jelcz, Piekary, Nowy Dwór i Wojnowice. Z odstąpionych Annie Pretficz przez Wolfa Albrechta w 1650 r. Ratowic pozostała karczma, powierzchnia 1,5 włóki z zagrodą i dwie dzierżawy w Janikowie (Gruntanne). Sebastian Regalia nabył poza tym posiadłości Baranowice oraz cło lądowe w Piekarach, Chwałowicach i Laskowicach, cło rzeczne i cło pobierane na kanale przekopanym w 1770 r. dla spławiania drewna, a także prawo uboju i szynkowania w Małym Jelczu i Janikowie oraz prawo patronatu w Wojnowicach (gdzie był kościół i plebania, spalone zresztą przez piorun w 1793r.) wraz z ofiarą 2 włók. Do majątku należały również stawy: Sienny (Heu), Wielka i Mała Bruzda (Strich), Odrzański, Zwierzyniecki, grobla obok chmielnika, Zamkowy i Cynober koło Nowego Dworu.

Kolejne wiadomości o samym Jelczu pochodzą z opisu Zimmermanna z 1795 r. Pisze on wtedy: "Jelcz składa się z dwóch części i folwarku, które wszelako posiadają tylko jednego właściciela, barona von Sauerma (tu popełnił błąd myląc Saurmów z Sauermami). Składa się z:
a) Górnego Jelcza z pańskim domem mieszkalnym (zamek na Odrze był już w tym czasie traktowany raczej jako zabytek), folwarku, szkoły ewangelickiej, kaplicy dworskiej, młyna wodnego (młynarz wykupił się i był wolnym właścicielem), 33 czynszowych zagrodników (Freigartner), 8 omłockowych (Dreschgartner), 22 chałupników i 16 innych domów.
b) Dolny Jelcz ma 7 zagrodników czynszowych, 2 chałupników, młyn wodny i jeden inny dom. Suma domów całej wsi wynosi 95, liczba mieszkańców 662. W tym jest: 1 piekarz, 1 rzeźnik, 4 tkaczy (płócienników), 1 kowal i 1 szkutnik. Do tej posiadłości należy znaczny las, który leży nad Odrą."

Jeżeli przyjmiemy za prawdziwe dane przytoczone przez Zimmermanna oraz założymy, że każda rodzina składała się przeciętnie z 4 osób, to łatwo obliczymy, że 50 % ludności całego Jelcza stanowili komornicy i służba folwarczna. Należy również zwrócić uwagę na fakt, że przytoczony dokument nie wymienia kmieci. Najpewniej dlatego, że w czasie kiedy Jelcz należał do Saurmów, wolni chłopi stali się ludnością podległą, a więc zagrodnikami, chałupnikami i komornikami, a ich ziemie wchłonął folwark. Saurmowie zagarnęli pastwiska i pola. Przekaz z 1645 r. wymienia 8 pastwisk pańskich i tylko jedno gminne, zatem jelczańscy chłopi nie mogli trzymać bydła. Tworzenie sztucznych stawów, o czym świadczą niektóre ich nazwy: np. Sienny, Wielka i Mała Bruzda, było opłacalne. Należy także pamiętać, że darmowa praca poddanych przynosiła ich właścicielom wielkie korzyści. Tak więc Jelcz w tym czasie stał się typowym folwarkiem pańszczyźnianym nastawionym na rozwój produkcji rolno - hodowlanej.

Okres XIX i początek XX wieku w Europie to czas wielkich przekształceń gospodarczych i społecznych, a na Śląsku dodatkowo także walki z germanizacją. Ważną kwestią XIX wieku była sprawa chłopska, zwolnienie od poddaństwa i uwłaszczenie. Chłopi - inaczej włościanie, rolnicy czy wieśniacy, to ludność zamieszkująca wieś, trudniąca się uprawą ziemi i hodowlą zwierząt. Na ziemiach polskich, w czasach gdy funkcjonowała jeszcze organizacja plemienna, chłopi wspólnie użytkowali lasy i pastwiska, razem pracowali na rzecz plemienia np. naprawiając gród, składali daniny dla starszyzny plemiennej i drużyny (ówczesnego wojska). Kiedy w X wieku tworzyło się państwo polskie, stopniowo podporządkowano ich prawu książęcemu. Niektórzy z nich należeli do warstwy ludności służebnej, która mieszkała w omówionych wcześniej wsiach służebnych i musiała spełniać liczne posługi dla dworu księcia. Od XI wieku chłopi płacili tzw. dziesięcinę - dziesiątą część plonów na potrzeby Kościoła. Niektóre powinności chłopów książęta przenosili z czasem na rzecz fundowanych klasztorów i kościołów oraz możnowładców. Stopniowo panowie feudalni coraz bardziej uzależniali i podporządkowywali sobie mieszkańców wsi. Od XII do XIX wieku chłopi stanowili więc ludność poddaną, podlegali sądownictwu swojego pana, musieli dla niego pracować i wypełniać określone świadczenia, a ich prawa zostały w znacznym stopniu ograniczone.

W zbiorowości chłopskiej możemy wyróżnić, między innymi kmieci czyli chłopów pełnorolnych posiadających jeden łan ziemi, przy czym od XVI wieku stopniowo zmniejszano powierzchnię należącej do nich ziemi. Gospodarstwa kmiece posiadały pola uprawne, łąki, zabudowania, zwierzęta, podstawowe narzędzia pracy. Pracowała tam zwykle jedna rodzina, czasami z wynajętymi do pomocy pracownikami najemnymi. Gospodarstwa kmiece były w zasadzie samowystarczalne.

Najbogatszym chłopem we wsi był sołtys, który posiadał najwięcej ziemi, liczne dochody pochodzące z udziałów we wsi, reprezentował pana i miał znaczące prawa sądownicze. Od XVI wieku jego rola we wsi wyraźnie zmalała. Mniej zamożni od niego byli młynarze i karczmarze, natomiast najuboższą grupę chłopów stanowili komornicy, chałupnicy i zagrodnicy. Całym majątkiem zagrodników była zagroda i kilka morgów ziemi. Aby przeżyć, zagrodnicy musieli szukać dodatkowych zajęć, najczęściej zatrudniali się przy pracach omłockowych. W trudniejszej sytuacji znajdowali się chłopi nie posiadający roli - chałupnicy. Oni mieli tylko chatę. Najbiedniejsi komornicy nie mieli ani pola, ani nawet chaty. Mieszkali u innych i podobnie jak chałupnicy i zagrodnicy wynajmowali się do różnych zajęć we wsi lub na folwarku pana.

Inną grupę, którą również można zaliczyć do społeczności wiejskiej, stanowili rzemieślnicy wiejscy (tkacze, kowale itp.), czeladź pracująca na polu pana i w bogatszych gospodarstwach chłopskich, służba folwarczna oraz tzw. ludzie luźni, wędrujący w poszukiwaniu pracy po miastach i wsiach.

Od XVI wieku, kiedy powstawały folwarki pańszczyźniane, na ziemiach polskich zdecydowanie największą liczebnie grupę stanowili chłopi pańszczyźniani, zobowiązani do przepracowania kilku dni w tygodniu na polu pana, bez wynagrodzenia, w zamian za użytkowanie małego kawałka ziemi. Pańszczyzna (inaczej renta odrobkowa) pojawiła się na ziemiach polskich już około XIII wieku, a jej wymiar stopniowo wzrastał, aż do 5 - 6 dni w tygodniu, w XVIII wieku. Chłopi pańszczyźniani musieli wykonywać także inne powinności np. zwozili drewno z lasu, pilnowali pańskich posiadłości itp.

Niektórzy chłopi, za ziemię, na której mieszkali, składali panu stałe roczne opłaty pieniężne lub daninę w naturze - tzw. czynsz. Nazywamy ich chłopami czynszowymi lub czynszownikami. W Polsce czynsze pojawiły się w XII wieku, ale w XVI wieku zastąpiono je prawie całkowicie rentą odrobkową. Ponowne czynszowanie nastąpiło w wieku XVIII.

W okresie zaborów wśród, ziem polskich Śląsk miał szczególne znaczenie, ze względu na wysoki poziom rozwoju gospodarczego i gęste zaludnienie. Na Dolnym Śląsku wyróżniały się manufaktury włókiennicze, przede wszystkim lniane. Szybki postęp techniczny zapoczątkowany na przełomie XVIII i XIX wieku, w żaden sposób nie wpłynął jednak na poprawę sytuacji społecznej na wsi. Położenie chłopów stawało się coraz trudniejsze. Właściciele ziemscy bezkarnie rozszerzali grunty folwarczne kosztem gospodarstw chłopskich, wzrastała ilość ludności bezrolnej, wymiar pańszczyzny sięgał nawet 6 dni w tygodniu, a wynagrodzenia za pracę na folwarkach były często wprost żebracze. Chłopi, zwłaszcza na Śląsku, żywiołowo i zdecydowanie występowali przeciw wyzyskowi, żądając zniesienia pańszczyzny, czynszowania, odmawiając wykonywania różnych świadczeń dla dworów. Poza chłopami upominała się o swoje prawa najuboższa ludność miast. W latach 1793 - 1794 doszło nawet do ostrych starć, między innymi we Wrocławiu. Rząd pruski w tej sytuacji stanął po stronie chłopów, ponieważ zacofanie w rolnictwie, usuwanie z ziemi i nędza tej warstwy społecznej, powodowały zmniejszenie dochodów skarbu państwa ze wsi. Dodajmy, że w drugiej połowie XVIII wieku stanowiły one zaledwie 5% dochodów skarbu państwa pruskiego, mimo że podatki płacone przez wieś były wysokie. Poza tym klęska Prus w 1806 r. w wojnie z Napoleonem, zniesienie poddaństwa w Księstwie Warszawskim oraz Westfalii i w końcu groźne dla polityki wewnętrznej państwa, a przybierające na sile antagonizmy między grupami społecznymi, zmusiły rząd pruski do zapoczątkowania reform. Miały one służyć unowocześnieniu państwa pod względem administracyjnym, wzrostowi dochodów, przyspieszeniu rozwoju gospodarczego, a tym samym wzmocnieniu militarnemu i wewnętrznemu Prus. Dodajmy, że reformy nie mogły być zbyt radykalne (postępowe), gdyż potężni i zarazem konserwatywni (niechętni zmianom) właściciele ziemscy, wywodzący się z dawnych rodów feudalnych, skupiali w swoich rękach władzę administracyjną.

W 1807 r. król pruski Fryderyk Wilhelm III wydał edykt królewski nakazujący zniesienie dziedzicznego poddaństwa w królestwie pruskim. Na przeprowadzenie reformy wyznaczono termin trzech lat. Ustawa nadała wolność osobistą poddanym, prawo dysponowania ziemią (po uzgodnieniu tego z dziedzicem), ale nie zniosła zwierzchniej własności pana nad ich ziemią. Od tej pory każdy poddany mógł opuścić wieś, jeżeli jednak pozostał, musiał jak dawniej odrabiać pańszczyznę i wykonywać polecenia pana. Chłopi rzadko odchodzili ze wsi. Tutaj była ich ojcowizna i dom, a poza tym nie mieli dokąd pójść. Po ogłoszeniu decyzji o wolności osobistej poddanych zaczęły powstawać karłowate gospodarstwa wiejskie, których właściciele i tak musieli dorabiać pracą najemną, przede wszystkim na folwarku. Zatem sytuacja chłopów wcale nie uległa poprawie, a problem wolności i własności poddanych nie został rozwiązany. Rozżaleni i zawiedzeni chłopi występowali przeciwko dworom, żądając zniesienia pańszczyzny. Świadkiem takich buntów był głównie Górny Śląsk.

14 września 1811 r. rząd pruski wydał tzw. edykt regulacyjny. Nazwa tego prawa sugerowała, iż chodzi jedynie o małe zmiany, czyli o uregulowanie systemu powinności chłopów wobec ich panów ziemskich. Zgodnie z zarządzeniem "gospodarstwa niedziedziczne miały przejść na podległą własność chłopską, z równoczesnym zniesieniem pańszczyzny, za co chłop miał dać dziedzicowi połowę lub też (w razie mocniejszego prawa posiadania) jedną trzecią gruntu." W rzeczywistości edykt stwarzał większości chłopów możliwość nabycia ziemi i likwidacji pańszczyzny, ale dziedzic musiał otrzymać w zamian odszkodowanie w wysokości 1/3 wartości gruntu, jeżeli chłop był dziedzicznym użytkownikiem ziemi lub 1/2 jeżeli takiego prawa nie posiadał. Odszkodowanie chłopi mogli wpłacić w gotówce, w naturze (w zbożu) albo w ziemi. Właściciel zachował także część swoich praw zwierzchnich nad wsią, np. prawo polowania na chłopskich gruntach, władzę sądowniczą i policyjną nad wsią. Przechodzenie gospodarstw chłopskich na własność miała się odbywać przy obopólnej zgodzie właściciela i poddanego. W wypadku kiedy zainteresowane strony nie mogły dojść do zgody, przewidywano interwencję władz. Takie postawienie sprawy wywołało ponownie wiele konfliktów i komplikacji. Panowie z reguły nigdy nie mogli dojść do porozumienia z wieśniakami, potem działania wojenne przeszkodziły we wprowadzeniu wyżej wymienionego rozporządzenia, więc w ciągu następnych paru lat ustawa istniała tylko na papierze. W efekcie wyłączono z regulacji gospodarstwa mniejsze i te, które powstały niedawno, chłopów wyrzucano z ziemi, a tę przyłączano do wielkich majątków właścicieli ziemskich.

Po zakończeniu wojen napoleońskich, kiedy pozycja arystokracji wzmocniła się, niewygodną ustawę realizowano bardzo powoli. Dopiero w drugiej połowie XIX wieku objęto nią wszystkie kategorie chłopów, a ostatecznie wprowadzono w życie dopiero kilkadziesiąt lat później. Zatem praktycznie wieś jeszcze długo, tak jak dawniej, była skazana na łaskę pana.

Od 1821 r. rząd pruski zezwolił chłopom na możliwość wykupu (tzw. reluicji) powinności wobec dworów. Tą drogą mieszkańcy wsi mogli stać się wolnymi i pełnoprawnymi właścicielami swoich gospodarstw. Pamiętajmy jednak, że dotyczyło to jedynie bogatszych wieśniaków. Ustawa z 1821 r. postawiła przed chłopami także inny bardzo poważny problem. Otóż pozbawiono ich tzw. serwitutów, czyli starego zwyczajowego prawa do korzystania z dworskich lasów i pastwisk. Na pastwiskach wypasano bydło, zbierano drugi pokos siana, z lasów przynoszono chrust na opał i drewno na budowę domów, zatem serwituty miały wielkie znaczenie dla życia wsi.

W tym czasie Laskowice były w dużej mierze wsią oczynszowaną, czyli taką, w której mieszkańcy regularnie płacili panu czynsz za użytkowanie jego ziemi. Mieszkała tam nawet pewna grupa bogatych chłopów czynszowych. Piekary posiadały warstwę bogatych kmieci pańszczyźnianych, natomiast w majątku jelczańskim dużych wiejskich gospodarstw wcale nie było. Warstwę średnią ludności naszych okolic tworzyli zagrodnicy czynszowi i omłockowi oraz chałupnicy. 50% mieszkańców Jelcza, które stanowili komornicy i czeladź dworska, nie posiadało ziemi. Sama wieś Jelcz składała się z Dużego oraz Małego Jelcza i wraz z Piekarami, Nowym Dworem i Janikowem oraz drobniejszymi posiadłościami w Ratowicach i Wojnowicach podlegała administracji powiatu wrocławskiego. Tak było do 1817 r.

Można przyjąć, że zagrodnicy czynszowi w Jelczu byli równocześnie rzemieślnikami lub wykonywali jakieś dodatkowe zajęcia. W omawianych czasach byli to często flisacy posiadający własną szkutę. Warto także zwrócić uwagę na ciekawy fakt, mianowicie Zimmermann w omówionym wyżej opisie z 1795 r. podaje w liczbie mieszkańców Jelcza 33 zagrodników czynszowych, 8 omłockowych i 22 chałupników. Natomiast w 1852 r., w dokumencie dotyczącym regulacji pastwisk gminnych wymienia się 22 zagrodników czynszowych, 8 omłockowych i 33 chałupników. Dane przytoczone przez Zimmermanna obejmują pokolenie, które żyło w czasie regulacji Odry. Budowano wtedy na rzece wały ochronne wzdłuż jej koryta, pogłębiano dno, usuwano przeszkody w biegu rzeki, nadawano sztuczny kierunek nurtowi wody. Kiedy wskutek regulacji wieś Jelcz odsunęła się o około 2 km od rzeki, następne pokolenie zostało pozbawione tzw. miejsc lądowania, czyli możliwości cumowania przy brzegu. Dawni właciciele szkut, utracili dodatkowe dochody i stali się z konieczności chałupnikami. Tylko niewielu pozostało prostymi flisakami.

Jelcz w omawianych czasach zamieszkiwała ludność ewangelicka i katolicka, mniej więcej w stosunku 7: 1. Ewangelicy należeli do parafii protestanckiej w Laskowicach, a katolicy do parafii w Miłoszycach. Parafię ewangelicką w Laskowicach naczelnik powiatu oleśnickiego i superintendent Leehr, na podstawie jednej z wizytacji, określili w piśmie z 12 czerwca 1812 r. jako całkowicie polską. Polskość katolików potwierdził wynik ankiety przeprowadzonej w 1814 r. Jako polskie wsie wymieniała ona: Miłoszyce, Jelcz, Wojnowice, Jaszowice, Piekary, Nowy Dwór, Laskowice, Dębinę, Dziuplinę, Grędzinę i Chwałowice. Zapisano tam również: "W parafii Miłoszyce ludność zna częściowo język niemiecki, ale mówi się więcej po polsku. Pieśni i kazania są w języku polskim i niemieckim. W szkole obowiązuje niemiecki i polski."

Ponieważ Saurmowie mieszkali w Laskowicach do 1829 r., obie posiadłości: Jelcz i Laskowice uważano za jedną własność. Tymczasem 31 marca 1817 r. został opublikowany testament poświadczający odrębność Jelcza od Laskowic. Mimo to Saurmowie pozostali nadal w Laskowicach prawdopodobnie także dlatego, iż obawiali się naruszenia prawa zwierzchności nad poddanymi. Otóż Jelcz z Piekarami, Nowym Dworem i Janikowem, leżąc w posiadłościach księstwa wrocławskiego, podlegał rozporządzeniom sądowniczym królewskiego urzędu, które znacznie ograniczały możliwość samowładnego i osobistego wyznaczania kar poddanym. Natomiast panowie Laskowic takie prawo posiadali. Saurmowie najprawdopodobniej uważali, że poddani powinni pozostać pod ich jurysdykcją, czego dowodem było wybudowanie wieży przy starym zamku jelczańskim na wyspie, gdzie więziono opornych chłopów. Protest poddanych i interwencja państwa mocą edyktu wydanego w 1816 r., zmusiły surowych właścicieli do zaprzestania podobnych praktyk. Być może dlatego w 1817 r. tak wyraźnie nakazano rozgraniczyć posiadłości Saurmów na Jelcz i Laskowice. Pamiętajmy przy tym, że majątek jelczański włącznie z folwarkiem pańszczyźnianym stanowił własność rodową Saurmów, natomiast Laskowice weszły w ich posiadanie drogą koligacji małżeńskich. Fakt zamieszkiwania hrabiów von Saurma - Jeltsch w pałacu w Laskowicach potwierdza spis inwentarzowy zachowany w aktach majątku Laskowice. Przy czym, przy wszystkich niemal pozycjach inwentarza dotyczącego zamku w Jelczu istnieje adnotacja - vacat - oznaczająca brak danego przedmiotu czy sprzętu. W zamku pozostało jedynie kilka starych mebli używanych przez urzędników mieszczącego się tutaj hrabiowskiego urzędu albo przez dzierżawców browaru prosperującego w jednym z tutejszych pomieszczeń.

Wydana w 1821 r. omówiona wyżej ustawa ograniczająca wymiar ciężarów i obowiązków poddanych na rzecz dworu oraz zezwalająca chłopom na wykup pańszczyzny i czynszów, objęła oczywiście także wieśniaków mieszkających w okolicach Jelcza i Laskowic. Cena wykupu była jednak zbyt wysoka, więc w majątku jelczańskim, podobnie jak wszędzie, niewiele osób mogło sobie na to pozwolić. W dokumentach majątku jelczańskiego zachowała się pisemna transakcja, na podstawie której możemy sobie wyobrazić jak przebiegał wykup pańszczyzny. Spisano ją dnia 14 listopada 1826 r. na prośbę bogatszych zagrodników Jana Dziallasa i Jerzego Karasia (Karascha). Umowę - transakcję zawarto między panem Jelcza i wyżej wymienionymi poddanymi. Na Śląsku, będącym wtedy pod panowaniem pruskim, podstawową jednostką monetarną był talar zawierający 24, a po 1857 r. 30 srebrnych groszy. Każdy grosz dzielił się na 12 fenigów. Saurma liczył za każdy dzień po dwa srebrne grosze, co dało mu w rezultacie rentę pieniężną od Jana Dziallasa 2 talary, 28 srebrnych groszy i 6 fenigów, a od Jerzego Karasia 3 talary, 8 srebrnych groszy i 9 fenigów rocznie. Wcześniej, 16 kwietnia 1823 r. Jan Dziallas wykupił swoją ziemię. Natomiast w wydanej później tzw. tabeli regulacyjnej, według której nastąpił podział urzędowy ziemi w majątku jelczańskim, jest to jedyny chłop, którego wymienia się jako wolnego zagrodnika i jednocześnie posiadacza drugiego co do wielkości gospodarstwa zagrodniczego. Poza nim tylko Jerzy Karaś i Gottfryd Koza posiadali gospodarstwo o powierzchni powyżej jednej morgi, czyli - jak wiemy - niewiele ponad 5 600 metrów kwadratowych. Przypuszczalnie Gottfryd Koza bezpośrednio z Saurmą uzgodnił sprawę wykupu pańszczyzny, ponieważ nie ma na ten temat żadnego pisemnego potwierdzenia.

Wspomniana tabela regulacyjna dotyczy Piekar i jest zapisem urzędowym, według którego zagrodnicy czynszowi, omłockowi i chałupnicy otrzymali na własność ziemię. Dodajmy, że wieś Piekary była, jak na tamte czasy, stosunkowo bogata. Przydziałem zajmowała się komisja powołana specjalnie w tym celu. Wszystkie nadziały ziemi, poza trzema, które zostały wymienione wyżej, były bardzo małe i wynosiły zaledwie od 0,3 do 0,5 morgi. Kto więc nie miał pieniędzy na wykup, musiał się zadowolić maleńkim kawałeczkiem uprawnej ziemi. Karłowate gospodarstwa nie mogły wyżywić ich właścicieli, dlatego dodatkowa praca najemna była koniecznością. W tabeli regulacyjnej przy każdym z nazwisk napisano bardzo dokładnie, ile poddany posiada ziemi, ile powinien otrzymać według rejestru, ile ma oddać z tytułu wykupu pańszczyzny oraz ile ostatecznie przypadnie mu przy podziale.

Dnia 4 marca 1824 r. w Piekarach zaczął się wykup pańszczyzny pieszej i sprzężajnej oraz takich posług, jak: roboty kuchenne, pasanie świń, gęsi i dojenie krów. Ciężary te były złożone przez folwark na gminę. Przy komisji ze strony Saurmów pracował inspektor Pauli, a z ramienia gminy posiadacz sołectwa Daniel Müller i kmieć Daniel Tinzmann.

Każdy chłop mógł zamiast renty pieniężnej oddać część swojej ziemi. Z tabeli regulacyjnej wyraźnie wynika, że w zamian za zapłatę pieniężną z tytułu wykupu od pracy pańszczyźnianej, chłopi oddawali przeciętnie 50% swojej ziemi. Tylko posiadacz dziedzicznego sołectwa oddał 36% i tak niewielkiego majątku. Należy pamiętać, że wszyscy kmiecie z Piekar (poza trzema najbogatszymi) byli zobowiązani do odrabiania pańszczyzny na rzecz pana majątku jelczańskiego, zatem wykup ziemi i pańszczyzny oznaczał dla niego nie tylko zwiększenie ziemi ornej i uprawnej, ale również zyski kapitałowe - pieniężne. Mimo wszystko wymienieni chłopi po kilkuset latach pozbyli się zależności od potężnego właściciela i otrzymali na własność kawałek ziemi.

Działalność komisji zakończono w Piekarach w 1829 r. i w tym samym roku zakończono również budowę nowego pałacu w Jelczu. Zbieżność ta nie jest wcale przypadkowa, z pewnością zyski po regulacji w Piekarach znacznie przyczyniły się do realizacji tego wielkiego przedsięwzięcia.

Nieco inaczej pruska regulacja urzędowa przebiegała w Laskowicach. We wsi mieszkało 13 bogatych czynszowych chłopów, 10 zagrodników i 8 chałupników, zatem Saurmowie nie mieli tutaj żadnych korzyści z wykupu ziemi, ponieważ pieniądze wpływały z czynszów. Dopiero w latach 1840 - 1848 pod naciskiem gminy zgodzono się na wykup, ale tylko przez najbogatszych zagrodników i chałupników pańszczyźnianych, pastwisk, ziemi i niektórych posług. Nieco wcześniej ubodzy kmiecie wykupili nierentowne pastwiska, powinności pańszczyźniane oraz ziemię. Było to dodatkowe źródło dochodów, jakie Saurmowie skrzętnie wykorzystali. Przeprowadzona regulacja w Laskowicach nie zmieniła w znaczącym stopniu zależności wsi od pana.

Podobnie w Nowym Dworze realizacja postanowień edyktów z 1811 i 1821 r. odbyła się w taki sposób, który mógł zadowolić jedynie hrabiego z Jelcza. W latach 1832 - 1837 uregulowano sprawę serwitutow leśnych, pastwisk i posług na rzecz folwarku, które dotyczyły przede wszystkim pracy przy obróbce drewna. Objęto wtedy regulacją 5 zagrodników pańszczyźnianych i 4 czynszowych. W 1837 r. wykupili się od pańszczyzny nieliczni chałupnicy. Ogółem regulacja w Nowym Dworze przyniosła więc większą swobodę prawną i osobistą jedynie 11 poddanym, którzy i tak za nią drogo zapłacili.

We wsi Jelcz nie było gospodarstw kmiecych, 50% ludności stanowili komornicy - flisacy albo najmici. Jedynie sołtys, młynarz i zaledwie kilku zagrodników - rzemieślników miało nieco pokaźniejszy majątek. Saurmowie otrzymywali stały czynsz od zagrodników czynszowych, a zagrodnicy omłockowi i chałupnicy pańszczyźniani wykonywali wszelkie potrzebne prace w czasie nasilenia robót sezonowych na folwarku. Wśród takiej biedoty opłacało się jedynie przeprowadzić wykup od powinności na rzecz dworu (reluicję). Przeprowadzono ją w latach 1845 - 1863, przy czym możemy przypuszczać, że Saurmowie niewiele się na niej wzbogacili.

Nietrudno się domyślić, że realizacja ustawy regulacyjnej na terenie Jelcza, Laskowic i okolicznych wsi, podobnie jak w innych wsiach polskich zaboru pruskiego, nie poprawiła doli chłopów. Na pewno czuli się oszukani i bezsilni. Byli biedni, najczęściej nie umieli czytać i pisać, nie potrafili się obronić przed niesprawiedliwością i bezwzględnym wyzyskiem potężnych właścicieli ziemskich. W dodatku nie stanowili już niezbędnej siły roboczej. Powoli zmieniał się sposób gospodarowania, ponieważ kończyła się epoka stosunków feudalnych. Do tej pory najważniejszą wartością przynoszącą dochody była ziemia. Teraz, kiedy rozpoczął się proces rozwoju przemysłu, wykorzystujący maszyny, wiedzę z zakresu matematyki, chemii, fizyki, itp., nieznane wcześniej rozwiązania techniczne i nowe tworzywa, ziemia przestała być podstawą egzystencji wielu ludzi. Zmieniały się także poglądy i świadomość, zmniejszała się liczba analfabetów. Coraz trudniej było utrzymać chłopów w całkowitym poddaństwie, dlatego przeprowadzano reformy uwłaszczeniowe. W tych okolicznościach tworzyła się nowa grupa społeczna - robotnicy, do których należeli również wolni, ale bardzo biedni wiejscy robotnicy najemni - tzw. proletariat wiejski. Zamożni magnaci mogli bez trudu, poza majątkiem, znaleźć i tanio wynająć robotników potrzebnych do wykonywania różnych prac budowlanych, rzemieślniczych i gospodarczych. Taką informację znajdujemy np. w oławskiej gazecie Ohlauer Kreis - Blatt, z dnia 8 sierpnia 1828 r. Saurmowie zamieścili tam wiadomość, że poszukują mężczyzn znających się na młocce i oczyszczaniu nasion koniczyny. Prawdopodobnie praca chałupników i zagrodników przy budowie dróg była także nieopłacalna albo mało wydajna, skoro Saurmowie zrezygnowali z tych posług i zastąpili je przymusowym czynszem. Odtąd chłopi posiadający furmankę płacili 24 grosze, a niesprzężajni tylko 4 grosze, natomiast za uzyskane pieniądze hrabia mógł wynająć dwukrotnie większą ilość komorników do budowy dróg.

Poza różnymi opłatami na rzecz dworu Saurmów, sytuację chłopów pogarszały rosnące z roku na rok podatki. Państwo nakładało je np. w celu pokrywania diet i kosztów podróży posłów do landtagu zwołanego przez króla w 1847 r. (dodajmy, że Saurma pełnił w tym czasie funkcję posła), na utrzymanie domu dla głuchoniemych i upośledzonych we Wrocławiu, na szczepienia ochronne, które nawiasem mówiąc i tak nie przyniosły oczekiwanych efektów, itp.

Wielu wolnych i samodzielnych mieszkańców wsi stawało przed koniecznością opuszczenia swoich domów i gospodarstw. Dotyczyło to tych chłopów, którzy nie mieli czym zapłacić renty, czynszu czy też zadłużyli się, żeby wykupić ziemię. Musieli wtedy sprzedać lub odddać drogą licytacji cały swój dobytek i albo szukać miejsca u życzliwych ludzi, albo wędrować do miasta. Wzmiankę o takiej licytacji znajdujemy pod datą 22 października 1830 r. Czytamy tam: "Ponieważ w przypadającym na 29 września terminie otwartej sprzedaży (licytacji) nr 68 w Jelczu, zagrody z domem należącej do Antoniego Nowaka, ocenionej na 77 talarów i 4 srebrne grosze, nie ujawnił się żaden kupiec, przesuwa się termin licytacji na dzień 8 listopada, na godz. 2.00 po południu, w naszej kancelarii sądowej w Oławie. Z tego względu chętni, wypłacalni nabywcy będą proszeni o przybycie w oznaczonym terminie, przedstawienie swojej oferty, a kto najwięcej zapłaci, stanie się właścicielem." Podobna licytacja miała miejsce 23 września 1836 r. Wtedy poza zagrodą Baltazara Kubicy sprzedano też dobytek komornika i równocześnie flisaka Schlenzoka.

Każda z odbywających się licytacji przynosiła znaczne korzyści finansowe Saurmom. Np. za pole należące wcześniej do Gottlieba Buhra otrzymali oni 660 talarów, natomiast domy Fryderyka Nowaka i Franciszka Jeżyka wyceniono na 300 talarów każdy. Żaden sprzeciw czy bunt nie miał sensu. Zrozpaczeni, biedni i skazani na poniewierkę chłopi byli zupełnie bezradni, ponieważ właściciel jelczańskiego majątku pełnił wtedy (od 1834 r.) funkcję Królewskiego Komisarza Dystryktu Policji okręgu oławskiego dla prawej strony Odry.

Tymczasem władze pruskie stopniowo i nieustannie nasilały akcję germanizacyjną. Walka w obronie języka polskiego na Śląsku przybierała bardzo różnorodne formy. Na szczególną uwagę zasługuje działalność Jerzego Samuela Brandtkie, nauczyciela języka polskiego w jednej z wrocławskich szkół, potem (od 1804 r.) rektora szkoły Św. Ducha we Wrocławiu, a następnie (od 1811 r.) dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie, dokąd powołały go władze Księstwa Warszawskiego. Przez wiele lat prowadził polemikę z historykami niemieckimi i czeskimi na temat polskości Śląska. Namawiał wrocławskiego wydawcę Bogumiła Korna do drukowania dzieł polskich, a sam opracował "Nowy elementarz polski." O Śląsku pisał, że to odwieczna "polska ziemica." Starał się też udowodnić, że "prawdziwy Polak będzie rozumiany wszędy przez polskiego Szlązaka." Nikt wcześniej nie protestował tak mocno przeciw naruszaniu praw śląskich Polaków do nauki w ojczystym języku. Po raz pierwszy Brandtkie przedstawił niezbite dowody związku gwary śląskiej z mową polską na przykładzie gwary ludowej mieszkańców Laskowic Minkowic i Przycowa (Przeczowa? - wsi leżącej koło Bierutowa). Zawarł je między innymi w rozprawie pt.: "Wiadomości o języku polskim w Szląsku i o polskich Szlązakach."

Mimo ogromu pracy nad uporządkowaniem zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej, Brandtkie utrzymywał kontakty z wrocławskimi uczonymi, wydawcami i przyjaciółmi. Chętnie przyjeżdżał na wakacje do Laskowic, do pastora Baucha. Prawdopodobnie właśnie tam poznał Baltazara Działasa (Dziallasa), młodszego syna zagrodnika, rzeźnika z Piekar. Działas około 1801 r. uczył się w szkole w Piekarach, a następnie po ukończeniu seminarium nauczycielskiego w 1809 r. objął posadę nauczyciela w Ratowicach. Przypuszczalnie wtedy rozpoczął gromadzenie materiałów do opracowania "Słownika gwary dolnośląskiej." Pracę tę zlecił mu najprawdopodobniej Brandtkie. Działas z mową śląską spotykał się codziennie, dlatego potrafił wychwycić jej cechy charakterystyczne i udowodnić powiązanie z językiem polskim. Gwara dolośląska należała do dialektów mazurzących. "Śląski Polak mówi (...) - cz jak zwykłe -c, - sz jak - s, - ź i - ż jak czyste - z, - ą i - ę na końcu wyrazu jest czytane tak samo jak w środku (...) - ł nie jest zupełnie słyszalne, np. człowiek - cowiek, łaska - uaska, członek - conek, chwała - chwoa." Tak wyglądało to w zdaniach: "Przy wsyskim, co cynią, rozmyślay, co za koniec ta rzec weźnie" albo: "Maó i módy cowiek nazywa się dziecięciem." Podwrocławscy chłopi mówili też: kazalnica, gorzouka, kacmorz (karczmarz), kobua (klacz), na przek (na ukos, na bakier), nosyiek (naszyjnik), siarpie (bandaż), skora (kora), wiecerzo (wieczerza), satka (chustka), bednorz albo módy gburski karlus (młody kmiecy chłopak).

Z czasem nazwy polskie lub śląskie dosłownie tłumaczono na język niemiecki np.: czerwona rzepa (burak) - rote Rübe, brunatny kul (jarmuż) - braun Kohl. W okresie germanizacji zastępowano nazewnictwo i słownictwo polskie niemieckim np: naparstek - śl. fingierut - po niemiecku Fingerhut albo biurko - śl. śreibtiś - po niemiecku Schreibtisch i powoli eliminowano język polski z codziennej mowy polskich Ślązaków.

Działalność Brandtkiego, Działasa i wielu innych zaangażowanych Polaków nie obroniła mowy śląskiej przed germanizacją, nie przekonała też niemieckich uczonych o powiązaniach Ślązaków - Polaków z polską macierzą. Świadczy jednak o silnym poczuciu świadomości i odrębności narodowej. Dla tych ludzi Polska była Ojczyzną.

Możemy sobie jedynie wyobrazić, jakim wielkim oparciem dla Polaków musiała być wiara i język polski, skoro w 1824 r. zdesperowani przedstawiciele wielu okolicznych gmin, wystąpili z petycją90 do sprawującego urząd we Wrocławiu ewangelickiego radcy konsystorialnego91 Gassa, by zaprotestować przeciw zamiarowi ograniczenia liczby nabożeństw polskich w kościele parafialnym w Laskowicach. 11 grudnia 1824 r. w Piekarach petycję podpisali: w imieniu gminy Piekary - Mateusz Wieczorek, Filip Krusz, Gotfryd Tinzmann i Karol Riebz, w imieniu gminy Laskowice - Daniel Pohlit, Daniel Henschel, Jan Urban oraz Jan Malgut, w imieniu gminy Chwałowice - Maskos i Jan Głuwka, w imieniu Jelcza - Jerzy Dziallas i Konrad Mazur, w imieniu Dziupliny - Gotfryd Treska i Jana Lebe, w imieniu Dębiny - Gotlieb Reichel i Baltazar Ekert. Prośbę motywowano tym, że język niemiecki, w jakim odbywają się pozostałe nabożeństwa, zna niewiele rodzin. Grożono poza tym odwołaniem się do wyższej instancji. Odpowiedź była niemal natychmiastowa. Już 15 grudnia Gass przekazał sprawę władzom, pisząc równocześnie, że gmina jest w dwóch trzecich polska, a jej mieszkańcy, zwłaszcza kobiety zajmujące się głównie gospodarstwem domowym, nie znają języka niemieckiego. Na koniec stwierdził, że zbyt mały i stary kościół nie pozwala na przeprowadzenie żadnych zmian, ale z chwilą ukończenia budowy nowego i większego kościoła, nabożeństwa będą odbywać się tylko w języku niemieckim. Radca Gass nadmienił, iż obecnie nauczyciele niemieccy uczą tego języka w szkołach oraz częściowo prowadzą w nim naukę konfirmacji.(2

20 listopada 1825 r. podobną petycję sporządzili chłopi z Ratowic. Pisali, że nie znają języka niemieckiego, ponieważ "w Ratowicach mówiło się dawniej wyłącznie po polsku, a i w szkołach tak uczono." Jak zaznaczyli, uczą się języka niemieckiego dopiero od trzech lat, czyli od czasu, kiedy zatrudniono tam nauczyciela Hilbinga. Wspomniane podanie kończyło się wzruszającymi słowami: "Prosimy przeto jak najpokorniej, aby jednak zezwolono nam najłaskawiej, żeby dotychczasowe nabożeństwa w języku polskim mogły i na przyszłość odbywać się co niedziela, abyśmy w naszym ołtarzu mogli mieć wciąż jeszcze sposobność do doskonalenia się."

Znamy także wypowiedź pastora Baucha, tego samego, który poinformował parafian w grudniu 1824 r. o ograniczeniu polskich nabożeństw. W korespondencji z superintendentem Müllerem w Oławie w 1825 r. tak pisał: "W całej parafii nie znam mężczyzny, który wcale nie zrozumiałby języka niemieckiego, ale możliwe jest, że 50 - 60 kobiet wcale go nie zrozumie. Poza tym jest około 200 osób, które w życiu publicznym posługują się niemieckim, ale nie potrafią zrozumieć żadnego niemieckiego kazania. Jeżeli ograniczenie polskich nabożeństw zostanie jeszcze na kilka lat odwleczone, to w następstwie tego powtórzą się stare prośby o nieograniczanie polskich nabożeństw. Gdyby w czasie polskich nabożeństw wprowadzić opłatę za miejsca w kościele, a w czasie niemieckich nie, jak to było dotychczas, to wtedy wielu opuściłoby wkrótce polskie nabożeństwa i chodziło tylko na niemieckie." Jak łatwo się domyślić, pomysł Baucha spotkał się z aprobatą superintendenta i władz prowincji we Wrocławiu. Teraz nabożeństwa polskie odbywały się po niemieckich (o godz. 10,00) w każde dwie niedziele pod rząd, a w trzecią niedzielę polskich mszy wcale nie było. Przebiegły pastor nie docenił jednak polskich chłopów. Przeliczył się, bo nie wziął pod uwagę, że nawet dla najuboższego człowieka są rzeczy święte i wartości cenniejsze od pieniędzy.

W pierwszy dzień świąt wielkanocnych 1826 r. cierpliwość i rozgoryczenie polskich chłopów ostatecznie się wyczerpały, gdy pastor rozpoczął liturgię niemieckimi słowami. Na Wielkanocny poniedziałek także nie przewidywano polskiego nabożeństwa, ponieważ według wprowadzonej zasady, od której pastor nie miał zamiaru odstąpić, kazania popołudniowe i msze w czasie świąt odbywały się co drugie święto wyłącznie po niemiecku. Dodajmy, że kazania wielkanocne w tym roku, po raz pierwszy wygłaszano wyłącznie w języku niemieckim. Zdesperowani chłopi opuścili kościół i ustalili, że jeszcze raz napiszą do władz prośbę o przywrócenie polskiego języka w czasie nabożeństw. Jeżeli i to nie odniesie skutku, wyznaczy się delegację z przedstawicieli gmin laskowickiego zboru, która będzie osobiście interweniowała u radcy konsystorialnego. Ponieważ niemiecki nauczyciel J. F. Esche odmówił pomocy w redagowaniu petycji, trzeba było szukać pomocy u kogoś odpowiedniego we Wrocławiu. Zadanie to zlecono Jerzemu Tresce (wiemy, że miał wtedy 46 lat), powszechnie szanowanemu, wolnemu zagrodnikowi z Nowego Dworu. Jerzy Treska dobrze znał Wrocław, ponieważ woził tam i sprzedawał olej wytłaczany w odziedziczonej po ojcu tłoczni. Odprowadzono go niemal do samych rogatek miasta. Tam znany Tresce właściciel zajazdu "Pod Polskim Panem Bogiem," dał adres niejakiego Plebana, starszego człowieka mieszkającego przy Kocim Zaułku, w trzeciej bramie od Nowego Targu, na trzecim piętrze. Usługa kosztowała 8 srebrnych groszy. Następnego dnia podanie zostało złożone w kancelarii rządu prowincji. Domagano się w nim przywrócenia dawnego porządku nabożeństw, ponieważ na 391 gospodarstw polskich przypadało tylko 46 niemieckich. Wymieniono także dokładnie stosunek gospodarstw polskich do niemieckich w poszczególnych wsiach. Wyglądało to następująco: w Laskowicach 71 polskich i 11 niemieckich, w Nowym Dworze 38 i 4, w Piekarach 40 i 4, w Dębinie 42 i 7, w Chwałowicach 36 i 4, w Dziuplinie Dużej 45 i 2, w Dziuplinie Małej 11 i 1, w Jelczu 32 i 5, w Ratowicach 58 i 7, w Wojnowicach 18 i 1. Dalej w petycji pytano, dlaczego dla garstki Niemców likwiduje się stare zwyczaje kościelne, dlaczego nabożeństwa polskie rozpoczynają się po niemieckich i przeciągają się niekiedy do drugiej po południu, co jest wyczerpujące dla starych ludzi, także dlatego, że przed komunią nie wolno nic jeść. Proszono także, żeby w jedną niedzielę rano odbywały się msze w języku polskim, a w następną po niemiecku. Napisano tam również: "...jesteśmy przecież tak samo ludźmi jak inni i dlatego chcemy żyć nie jak bezrozumne bydlęta, lecz raczej wiernie naśladować w dobrych obyczajach i religii naszych przodków..."

Rząd prowincji był zmuszony potraktować tym razem poważnie petycję chłopów. Podpisali się pod nią tylko bogatsi gospodarze, ale we wsiach mieszkali też komornicy, chałupnicy i czeladź - oni nie mieli nic do stracenia. Między Oławą a Wrocławiem około 5 000 ewangelików domagało się prawa do języka polskiego. To mógł być groźny i trudny do ujarzmienia żywioł. Bunt w którymkolwiek miejscu spełniłby rolę iskry zapalnej, zatem zlekceważenie problemu przez władze pruskie mogło wywołać rozruchy.

Szybko, bo zaledwie po kilku dniach, rozpoczęto śledztwo. Na początek, 30 marca 1826 r., pastor Bauch złożył pisemne zeznanie: "Od 30 lat w siedmiu szkołach parafii rygorystycznie przestrzega się nauczania języka niemieckiego. Początkowo używano w niższych klasach języka polskiego, ale od szeregu lat został zastąpiony przez niemiecki. W tym języku odbywa się też od dwóch lat nauka konfirmacji. Należy stąd sądzić, że wszyscy mieszkańcy poniżej 40 lat znają język niemiecki, co usprawiedliwia ograniczenie polskich nabożeństw. Na podstawie zarządzenia władz, aby najpierw odbywały się nabożeństwa niemieckie, zmieniono ich kolejność. W wyniku tego wiele osób zaczęło uczęszczać na niemieckie, aby wrócić wcześniej do domu. Głównym burzycielem jest zagrodnik (w spisie uwłaszczeniowym - chałupnik) Jerzy Treska z Nowego Dworu, który wśród złorzeczeń poprzysiągł za wszelką cenę przywrócić nabożeństwa polskie w dawnym wymiarze i który chodził od wsi do wsi szerząc wzburzenie. To właśnie on był autorem anonimowej petycji. Stosunki narodowościowe scharakteryzował Treska słusznie, nie uwzględnił jednak w swoim wykazie wsi czysto niemieckich: Grędziny, Brześciny, Chrząstawy, Jeszkowic i Jaszowic. (...) Polacy, za wyjątkiem nielicznych mówią, po niemiecku i mogą chodzić na nabożeństwa odprawiane w tym języku. Właściwym powodem niezadowolenia ich jest fakt, że Polacy w zarządzeniu dopatrują się pogardy dla swojego języka i domagają się równych praw z niemieckim. Z pogardą ze strony Niemców spotykają się także pod kościołem." Na zakończenie pastor pisał: "Jak długo Polacy korzystali z wczesnych i nieograniczonych nabożeństw, posiadałem ich całkowite zaufanie i miłość. Teraz wszystko się zmieniło, przestali udzielać mi pomocy przy uprawie roli, zwózce drzewa i innych robotach. Opłaty i ofiary przestały wpływać prawie zupełnie." Ostatecznie Bauch radził przeczekać, aż ludzie się uspokoją, by uniknąć większego rozdrażnienia. Sugerował także ukarać jedynie Treskę, a innym winy odpuścić.

Wypowiedź pastora nie do końca odpowiadała prawdzie. Wsie, które wymienił jako niemieckie były rzeczywiście zgermanizowane, ale małe i liczyły zaledwie kilka gospodarstw. Natomiast ludność polska ucząca się niemieckiego, już po zakończeniu nauki w szkole nie miała z nim do czynienia. Zatem większość z tych, których wymienia się jako znających język niemiecki, potrafiło powiedzieć w tym języku tylko parę elementarnych słów. Zwróćmy także uwagę na to, jak sprytny klecha podkreślał swoją gorliwość w wypełnianiu obowiązków i straty na jakie naraziło go realizowanie rozporządzeń władz pruskich.

Niedługo potem landrat Hoverden wezwał na przesłuchanie Jerzego Treskę, który 24 kwietnia 1826 r. złożył zeznanie i wyjaśnił: "Moim językiem ojczystym jest język polski, i choć znam język niemiecki, jak większość tutejszych Polaków, polskie słowo boże jest dla nas bardziej zrozumiałe i bliskie. (...) Nowy porządek nabożeństw krzywdzi ludność polską, stawiając ją w gorszym położeniu od Niemców, a petycję złożyłem po naradzie ze wszystkimi parafianami, w ich imieniu."

Ostatecznie władze udzieliły Tresce nagany, a laskowicki pastor Bauch, w porozumieniu z parafianami, miał podjąć decyzję o kolejności nabożeństw polskich i niemieckich. Polecono mu przy tym "na razie" wykazać zrozumienie i ustępliwość wobec Polaków. Nakazano też skupić uwagę na wychowaniu młodzieży szkolnej w duchu niemieckim i posłuszeństwie wobec władzy pruskiej. Jak widać na przykładzie Laskowic, administratorzy świeccy i kościelni w Prusach działali ostrożnie, powoli i z rozmysłem, aby germanizować język i kulturę poddanych innych narodowości.

Powierzonego zadania pastor laskowicki nie zrealizował, ponieważ utracił zaufanie polskich wieśniaków. W efekcie powyższych praktyk wierni Jelcza, Ratowic, niektóre rodziny z Laskowic, Dębiny, Piekar i Dziupliny oraz innych wsi leżących między Oławą i Wrocławiem, odmówili dalszego uznania Kościoła Krajowego (ewangelicko - unijnego), z królem pruskim na czele. Podporządkowali się diecezji Kościoła staroluterańskiego, z siedzibą we Wrocławiu, ponieważ ten był tolerancyjny i nie realizował programu wynarodowienia. Wkrótce Jelcz stał się jedną z najliczniejszych i najsprawniej działających tam gmin. Mimo szykan władz pruskich, wyznawcy wiary staroluterańskiej zbudowali na północnym krańcu Jelcza szkołę, a potem kościół przy drodze do Nowego Dworu. Dawnej parafii laskowickiej najwięcej kłopotu sprawiali teraz mieszkańcy wsi Chwałowice, gdzie tylko kilka rodzin znało język niemiecki. Nauka niemieckiego musiała się tam zaczynać od wskazywania i nazywania przedmiotów.

Na podstawie przytoczonych wiadomości zawartych w przekazach źródłowych, możemy stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że w okolicach Jelcza i Laskowic w XIX wieku mieszkali Polacy. Ich świadomość przynależności do narodu polskiego była na tyle silna, by przeciwstawić się germanizacji i aktywnie stanąć w obronie własnego języka. Opisane wydarzenia zasługują na uwagę także dlatego, że pozwalają nam zobaczyć najuboższą warstwę społeczną w okresie walki o polskość.

W pierwszej połowie XIX wieku w majątku jelczańskim Saurmów miały miejsce ważne i ciekawe wydarzenia: walka z germanizacją, reformy uwłaszczeniowe, budowa nowego pałacu w Jelczu. Mieszkańcy i właściciele tych ziem borykali się także z innymi problemami. W 1828 r. miała miejsce wielka powódź. Woda zalała wtedy nadodrzańskie wsie i tylko w Jelczu zniosła 10 zagród. Hrabiowie z Jelcza okazali się wspaniałomyślnymi opiekunami i pokrzywdzonym rodzinom udostępnili zagony w pobliskim Łęgu, dali także drewno i cegły na budowę nowych domów. Jednak ich pomoc nie była zapewne całkiem bezinteresowna, bowiem wdzięczni dłużnicy pracowali potem bezpłatnie od świtu do nocy przy pracach wykończeniowych w jelczańskim pałacu.

W tym samym roku odnotowano liczne zachorowania na ospę. Ohlauer Kreis - Blatt (gazeta oławska) z dnia 18 kwietnia 1828 r. donosiła: " W minionym i bieżącym miesiącu wybuchła w Jelczu ospa u syna Beutnera, dzieci Konrada Scholza i dziewki służebnej ogrodnika dworskiego Nilczka (Nilzek). Została jednak przez rodziny zatajona. Od nich zarazili się później, syn zagrodnika Leutholda z Dębiny, córka karczmarza Kirsznera, wdowiec zagrodnik omłockowy Czepka (Tschepke), oboje z Błociska, jak również parobek dworski Subirge z Jatzdorfu." W ciągu następnych dni ospa rozszerzyła się i objęła, między innymi, mieszkańców Dziupliny, Dębiny i Błocisk, ponieważ chłopi w obawie przed utratą pracy, starali się ukryć chorobę swoich bliskich. Jak wykazało skrupulatne śledztwo miejscowego żandarma, zachorował nawet nauczyciel Berger z Sadku, przedmieścia Oławy.

W 1831 r. pojawiła się w okolicach Jelcza i Laskowic inna groźna choroba zakaźna - cholera. Tym razem mieszczańska gazeta oławska wyraźnie zaznaczyła, że choroba dotknęła szczególnie biedotę. W samej tylko jelczańskiej osadzie flisackiej Boruta zachorowało 8 osób. Podano również, że z opieki lekarskiej mogła skorzystać tylko jedna osoba, 2 wyzdrowiały, 6 zmarło, a u 5 "choroba rozwinęła się z niedożywienia." Najprawdopodobniej dane statystyczne nie objęły wszystkich mieszkańców, a ilość zachorowań na cholerę mogła przybrać rozmiary epidemii.

Dla mieszkańców polskich pod zaborem pruskim szczególnie uciążliwy był obowiązek służby wojskowej. Rzadko kto miał pieniądze, żeby się uwolnić od 15 lat spędzonych w karności i bezwzględnym posłuszeństwie, pod szpicrutą pruskiego oficera. W archiwach zachowało się wiele zawiadomień wojskowych. Wszystkie mają podobną treść. Jedno z nich zostało wystawione w dniu 11 marca 1845 roku: "...chociaż tego roku w tutejszej prowincji rewia królewska nie odbędzie się, jednak mają się stawić wyznaczeni rekruci i rezerwowi, flisak Fryderyk Nowak i parobek August Nowak z Jelcza do urzędu landratury (powiatu) we Wrocławiu, a sąd miejscowy doprasza się o dopilnowanie i wysłanie odpowiednich dokumentów." W innym zawiadomieniu wojskowym czytamy: "W brygadzie artylerii ma się stawić flisak Daniel Stampka z Jelcza (...) żołnierze mają być wyposażeni w 2 dobre koszule i jedną zapasową parę butów." Zawsze wzywano najuboższych mieszkańców wsi, najczęściej flisaków, wyrobników, parobków. Powtarzają się także nazwiska, co sugeruje, że z jednej rodziny zabierano czasami po kilku mężczyzn. Nowak, Stampka, Woitas, Gazda, Krusz - to niektóre z nich. Możemy sobie wyobrazić jak ciężko musiało być żonom oraz dzieciom żołnierzy, pozostawionym na łasce losu i mieszkającym kątem u obcych.

W latach 1848 i 1849 Europa była świadkiem wielu wystąpień rewolucyjnych. Potocznie określamy je mianem Wiosny Ludów, ponieważ większość z nich rozpoczęła się wiosną 1848 r. Doprowadziło do tego niezadowolenie licznych grup społecznych, przy czym najważniejszym powodem był bunt przeciw porządkowi politycznemu, który ustanowiono na kongresie wiedeńskim w 1815 r.(7 Niektórzy Europejczycy liczyli na uzyskanie większych swobód politycznych lub niepodległości (np. Polacy), inni chcieli ograniczenia przywilejów arystokracji i ziemiaństwa oraz uwłaszczenia i likwidacji przestarzałych praw feudalnych. Chłopi i robotnicy domagali się poprawy warunków życia, natomiast obywatele Niemiec i Włoch zjednoczenia ich państw. W Europie żądano też ograniczenia lub likwidacji rządów absolutnych na rzecz monarchii konstytucyjnych. Wielkie klęski nieurodzaju w latach 1845 - 1847 i epidemie, które poprzedziły Wiosnę Ludów, dodatkowo podsycały rewolucyjne nastroje.

Na ziemiach polskich, w czasie Wiosny Ludów, do poważniejszych wystąpień doszło w zaborze austriackim - w Galicji i w zaborze pruskim - w Wielkopolsce. W Galicji Polacy żądali równouprawnienia obywateli i większej autonomii,100 między innymi wolności słowa, zwołania sejmu, polskich szkół i urzędów oraz uwłaszczenia chłopów. W Wielkim Księstwie Poznańskim, poza autonomią, myślano nawet o odzyskaniu niepodległości. Na wieść o rozruchach w Berlinie, już w pierwszej połowie marca 1848 r. rozpoczęły się w miastach starcia między ludnością, a wojskiem. Tak było między innymi we Wrocławiu, gdzie mieszkańcy wyszli na ulice domagając się republiki i usunięcia znienawidzonych urzędników. Aby utrzymać porządek w mieście, bogatsi mieszkańcy utworzyli straż obywatelską i Komitet Bezpieczeństwa. Do straży nie dopuszczono jednak robotników i czeladzi rzemieślniczej. Na Górnym Śląsku i Pogórzu Sudeckim tysiące robotników domagało się pracy i chleba, natomiast wałbrzyscy górnicy żądali podwyżek płac i skrócenia czasu pracy.

Wydarzenia na ziemiach polskich nie przybrały takich rozmiarów jak we Francji, w państwach niemieckich, w Wiedniu czy na Węgrzech, ale przyniosły uwłaszczenie w Galicji i prawa autonomiczne w zaborze pruskim i austriackim oraz ożywiły dążenia narodowo - wyzwoleńcze.

W zaborze pruskim przełom lat 1847 i 1848 był szczególnie trudny dla najuboższych jego mieszkańców. Ostra zima, głód spowodowany nieurodzajem i zarazą kartofli, drożyzna i kryzys handlowy dodatkowo ograniczyły i tak niewielkie dochody. Po 30 latach spokoju, przez cały obszar prowincji pruskiej przetoczyła się fala powstań chłopskich. Wieś występowała przeciw dworom, odmawiając wszelkich świadczeń, przede wszystkim płacenia czynszów i odrabiania pańszczyzny. Domagano się nawet podziału pańskiej ziemi. Bunty we wsiach nie były zorganizowane, przebiegały najczęściej żywiołowo i spontanicznie, przy sprzeciwie części bogatszego chłopstwa, ziemian i burżuazji. Rozruchy chłopskie stłumiono w ciągu miesiąca, obiecując równocześnie, że Zgromadzenie Narodowe przywróci im wszelkie prawa. Oczywiście obietnic tych nie wypełniono, ale w ciągu następnych lat sejm pruski był zmuszony zmodyfikować ustawy uwłaszczeniowe.

Nastroje niezadowolenia wśród ludności polskiej potęgowała też bezwzględna germanizacja.

Na terenie posiadłości Saurmów do buntu mobilizował jeszcze jeden element. Otóż, właśnie tutaj mieszkało wielu ubogich flisaków, więc ludzi, którzy dzięki podróżom i licznym kontaktom z mieszkańcami zaboru pruskiego, dość dobrze orientowali się w sytuacji politycznej i społecznej. Zasłyszanymi wiadomościami dzielili się z rodzinami i sąsiadami, dyskutowali o nich, opowiadali, co się dzieje w innych dzielnicach Polski i w Europie. Duży majątek skupiał wielu zbuntowanych i zdesperowanych ludzi, którzy nie mieli wiele do stracenia. Wśród nadodrzańskich wiosek Dolnego Śląska właśnie tutaj doszło do najostrzejszych wystąpień chłopskich. Złożyły się na to wszystkie wymienione wyżej przyczyny.

Aby wyobrazić sobie do czego byli zdolni urzędnicy w majątkach ziemskich i jak, prawdopodobnie nagminnie, traktowano najuboższych chłopów, warto poznać relację jednego z poddanych w majątku jelczańskim, z 1847 r. Czytamy tam: "W 1847 r. jeden z czynszowych zagrodników majątku Jelcz udał się do Waldbereitera Zimary'ego, aby odebrać rekompensatę za wypadek, który go spotkał podczas zwózki drzewa. Na to Zimary kazał dwóm strzelcom wyrzucić go, traktując gorzej niż psa, tak że przez dłuższy czas był chory."

Mieszczańska gazeta wrocławska Breslauer Zeitung tak pisała o sytuacji na wsi w 1848 r.: "Wolność, którą sobie wywalczyliśmy, zrozumiała większość chłopów jako wolność od świadczeń gruntowych i wszelkiego rodzaju opłat. Widzimy to chociażby z nieokiełznanych żądań stawianych przez chłopów panom gruntowym. Ci ostatni w żadnym wypadku nie mogą zgodzić się na ich realizację, jeśli nie mają być w dosłownym znaczeniu tego słowa - zmuszeni do żebraniny. We wspomnianych powiatach zebrali się gospodarze, a więc właściciele ziemi, celem naradzania się nad żądaniami wysuwanymi wobec panów. We wszystkich niemal wsiach gospodarze uzgodnili następujące żądania: zniesienie podatku gruntowego, pańszczyzny, usunięcia wszelkich czynszów, jak czynszu od jajka, kury, opłaty stróżowe itp. Dalej domagali się rewizji toczonych jeszcze między panami a chłopami procesów, restytucji szeregu stopniowo im odbieranych uprawnień, jak prawa wypasu bydła, prawa polowań i rybołówstwa, prawa pokrywania swego zapotrzebowania na drzewo w pańskich lasach itp. W petycjach gospodarze podali również uzasadnienie swoich żądań, które jednak nie odpowiadały obowiązującym przepisom prawnym. Mimo wszystko większość panów przerażona groźną postawą chłopów zgodziła się je zaspokoić. Mogli to uczynić tym spokojniej, że jak wiadomo, obietnice wymuszone, obojętnie, ustne czy pisemne, nie pociągają za sobą skutków prawnych. W tych wsiach, gdzie kierując się rozsądkiem panowie przystali na tego rodzaju żądania zapanował wśród chłopów spokój, a nawet starali się oni utrzymać we wsi porządek i nie dopuścić do żadnych wystąpień."

Inaczej było tam, gdzie chłopi nie dali się oszukać i nie uwierzyli w dobre intencje chlebodawców. W dobrach Saurmów, w dniach 27 i 28 marca 1848 r. miały miejsce wydarzenia, które tak relacjonował podoficer stacjonujący w Jelczu 27 marca 1848 r. porucznik von Thun: "Kiedy zjawiliśmy się w Laskowicach 27 marca nie zastaliśmy niestety żadnego urzędnika. Intendent Sass zbiegł już poprzedniej nocy, a inspektor był nieobecny. O godz. 2 po południu przybyliśmy do Jelcza. Konie umieszczono w stajni dworskiej, gdzie otrzymały 3 miary owsa i trochę siana. Zapasy te kazał podać nam obecny jeszcze dzierżawca ekonomiczny Pauli. Z własnej woli Pauli poczęstował panów oficerów filiżanką kawy, a wśród reszty żołnierzy rozdzielił suchy chleb. W tym czasie podeszło kilku czcigodnych i miłujących pokój gospodarzy z sołtysem Bilzerem z Jelcza. Zwrócili się do intendenta Staniszka i przedstawili mu uciemiężenie gminy. Podali, że tylko ludzkie traktowanie pozwoli na utrzymanie porządku. W odpowiedzi deputacja została poczęstowana mocnym, wcale nie na czasie słowem. Staniszek udał się do pokoju panów oficerów i uciekł przez okno. (...) Następnie jeden z urzędników zażądał uwięzienia sołtysa Bilzera, który tylko starał się nakłonić do rozumnego zachowania."

Wieczorem odjechał oddział, którym dowodził porucznik von Thun, a o dalszych wypadkach wiemy z ustnych relacji, które zamieściła wrocławska gazeta: "Chłopi postanowili wprawdzie zachowywać się spokojnie, ale stawiając bierny opór, odmawiając wykonywania wszelkich powinności na rzecz panów, zdecydowali się oczekiwać dalszego rozwoju wypadków. Gdy następnie doszło do wystąpień tak zwanych zagrodników omłockowych i komorników przeciwko pańskiej własności, gospodarze zachowywali się spokojnie, nie przeciwstawiając się jednak tego rodzaju wystąpieniom. Tak było między innymi w Jelczu, gdzie na nieszczęście, w czasie szturmu na pałac uczestnicy zamieszek wdarli się do piwnicy z wódką i następnie w stanie nietrzeźwym popuścili cugli swojej brutalności. Przybyłemu landratowi oławskiemu tłum zagroził siekierami tak, że musiał on opuścić tę miejscowość nie mogąc opanować zamieszek. Właściciel, hrabia Saurma, opuścił w związku z tym pałac, co stało się to dla tłumu sygnałem do plądrowania jego domu."

W Laskowicach także nie było spokojnie. Ogłoszenie z dnia 31 marca 1848 r. pozwala nam poznać w przybliżeniu przebieg zdarzeń: "Przy zamieszkach w Laskowicach nastąpiło włamanie do piwnicy depozytalnej obok kaplicy pałacowej, przy czym skradziono zawartość znajdującej się tam żelaznej kasy: bilety pożyczki państwowej, listy dłużne, obligacje bankowe, książeczki oszczędnościowe, dokumenty dłużne hipoteczne oraz testamenty." Dalej ogłoszenie ostrzegało: "Wszyscy ci, którzy znajdują się w posiadaniu tych dokumentów lub ich współmieszkańcy, a nie zwrócą ich natychmiast nam albo policji, zostaną uznani za uczestników zamieszek i złodziei oraz pociągnięci do odpowiedzialności sądowej. Złoczyńcy sami powinni liczyć na łagodną karę, kiedy dobrowolnie zwrócą skradzione rzeczy."

Dzięki korespondencji z Oławy wiemy jak zakończyły się zamieszki w Jelczu i Laskowicach. Wzmianki przytoczyła również Breslauer Zeitung: "Na miejsce spustoszeń przybył wczoraj (30 marca 1848 r.) jeden batalion piechoty i szwadron huzarów. Ze wszystkich stron, przed specjalnie utworzoną komisję cywilną, przyprowadzono uczestników rozruchów. Komisja od razu odnotowała najbardziej obciążonych winą i wysyłała ich do Oławy. Paniczny strach opanował sprowadzonych na manowce przez nieszczęsne szaleństwo chłopów. Dookoła słychać płacz, na niejednym obliczu widać skruchę za wyrządzone okropności. Sprowadzono tutaj około 50 osób, z których dwie trzecie odesłano do twierdzy w Brzegu pod ochroną dwóch kompanii piechoty. W rozruchach brali udział ludzie w różnym wieku, od 20 do 74 lat."

Tak wyglądały w relacji dzienników śląskich "najordynarniejsze gwałty i plądrowania, których dopuściły się gminy wzmocnione przez hołotę." Nie analizowano przyczyn, podawano jedynie fakty, podkreślając i najprawdopodobniej wyolbrzymiając te, które przedstawiały chłopów w najgorszym świetle: jako pieniaczy, złodziei, pijaków i ograniczonych prostaków. Czy rzeczywiście w wydarzeniach z marca 1848 r. chłopami w Jelczu i Laskowicach kierowała jedynie chęć zysku i bezmyślnego niszczenia? Z depozytu Saurmów w Laskowicach, podobnie jak w Jelczu, zabrano przede wszystkim dokumenty poświadczające długi, dowód nędzy i równocześnie zagrożenie, że jeżeli nie zostaną spłacone, dłużnicy utracą wszystko co posiadają. Nie należy się dziwić, że niszczono i zabierano wszystkie pisma, jakie wpadły w ręce. W tłoku i zamieszaniu nie było czasu czytać (jeżeli ktoś potrafił) i sprawdzać czego dotyczą. Zresztą, ani książeczki oszczędnościowej, ani obligacji żaden chłop nie mógłby wykorzystać, po pierwsze dlatego, że nie potrafił, a po drugie w żadnym urzędzie nie wydano by pieniędzy prostemu i biednie ubranemu człowiekowi, bez uprzedniego sprawdzenia.

Tymczasem Saurmowie potraktowali napad na pałace jednoznacznie, jako zwykłą grabież: "Do popełnionych 27 marca w Laskowicach dzikich gwałtów, należało także włamanie i obrabowanie kasy depozytalnej. Krótko przedtem zostały wpłacone do niej znaczne sumy. Skradziono więc 694 talary, 28 srebrnych groszy i 10 fenigów. Z tego odzyskano 83 talary i 15 srebrnych groszy. Resztę - 610 talarów, 14 srebrnych groszy i 10 fenigów, wpłacili do kasy po równych częściach panowie Gustaw i Moritz hrabiowie Saurma z Jelcza i Laskowic, chociaż nie byli w żadnym wypadku do tego zobowiązani. Właścicielami skradzionych pieniędzy, w największej części, są potrzebujące pomocy sieroty i inni biedni ludzie. To między nich miały być rozdzielone te pieniądze. Stanowiły one kapitał składający się z wpłaconych rocznych czynszów, a przeznaczony przez zmarłego ojca wymienionych panów jako fundacja dla biednych i sierot. Teraz ci biedacy ponoszą straty. Panowie Saurmowie jednak wpłacając skradzione pieniądze okazali nie tylko swoją zamożność, ale i dobrodziejstwo jakim jest ich szlachetny czyn."

Nie potrafimy dzisiaj powiedzieć, w jakim stopniu treść przytoczonych cytatów jest zgodna z prawdą. Nie możemy się dziwić, że biedni, rozżaleni i wyzyskiwani ludzie, kierowani zemstą za upokorzenie i nienawiścią, działając spontanicznie, w dodatku w większej grupie, przywłaszczyli sobie cudzą własność. A może zabrane pieniądze traktowali jako swoje, bezprawnie i bezlitośnie zabrane przez wielkiego pana Saurmę. Z drugiej strony nie mamy dowodów na to, że Saurmowie kłamali, podając np. zbyt wysoką czy fikcyjną wręcz wpłatę na cele dobroczynne. Poza tym, wyrównanie przez nich finansów mogło być obliczone na zyskanie przychylności mieszczan i przynajmniej niektórych poddanych. Gdyby jednak Saurmowie naprawdę byli tak szlachetni i wrażliwi na ludzką krzywdę, jak wskazuje na to powyższy fragment artykułu, nie zaistniałby prawdopodobnie problem, o jakim pisze jelczański karczmarz, w dodatku do oławskiego pisma z 1848 r.: "Jak doszło do tego, że we wsi Jelcz za wieczorek taneczny, za każdym razem musi być wpłacony do Kasy Biednych podatek wysokości 20 srebrnych groszy, podczas gdy w innych wsiach jak np. Minkowice, Ratowice itd., w których liczba dusz (ludzi) jest w części znaczniejsza, a w części taka sama jak we wsi Jelcz, można wpłacić tylko 10 srebrnych groszy. Sądzę, że nie ma na to żadnego prawa i że roszczenia te zostały wprowadzone przez prowizoryczne zarządzenie policji w Jelczu. Sądzę, że jeżeli zajdzie potrzeba płacenia dodatkowego podatku, to należy go pobierać we wszystkich gminach, a nie tylko tu. Tym bardziej, że Jelcz zamieszkały jest w większej części przez flisaków, którzy w dzisiejszych czasach nie zarabiają nawet na pożywienie. Mimo mojego protestu przeciwko płaceniu podatku 20 srebrnych groszy, intendent Staniszek wymusił ode mnie za 3 wieczorki taneczne w czasie jarmarku 2 talary i powiedział, że mamy dalej stare porządki. W przyszłości będę tylko to płacił, co gmina zatwierdzi a z powodu zabranych pieniędzy sporządzę odpowiedni wniosek." Nie wiemy czy podwyższony podatek "od tańców" był wymysłem Saurmów czy też - co wydaje się mało prawdopodobne - samego intendenta. Być może Saurmowie narzucając własne prawa czuli się bezkarni, ponieważ mieli w rodzinie wysokiego funkcjonariusza pruskiej policji.

Wydarzenia marcowe z 1848 r. w Jelczu i Laskowicach komentowały różne grupy społeczne. Gazeta oławska Ohlauer Kreis - Blatt z dnia 26 maja 1848 r. cytowała list, który był typowym komentarzem mieszczan do wypadków marcowych w jelczańskim majątku Saurmów: "Z okazji powstałych w Laskowicach i Jelczu zaburzeń, w Oławie została na wiele dni zakwaterowana znaczna ilość żołnierzy. Chociaż przyczyny rewolty w obu tych wioskach nie są mi znane, to przecież sądzę, że nieśmiało można spytać: jak doszło do tego, że tutejsze mieszczaństwo takiej liczbie wojska daje na własny rachunek utrzymanie i kto ma nam za to dać odszkodowanie, magistrat, czy hrabiowie Saurma z Jelcza i Laskowic? Tu w mieście wiedzą, że jeden z z urzędników tych panów złożył oświadczenie, że żołnierze przyszli aby jeść i pić, podczas gdy ja dowiedziałem się z pewnego źródła, że nie podano im nawet wody do picia ani w Laskowicach, ani w Jelczu. Gdyby panowie hrabiowie trzymali swoich urzędników w lepszej kontroli i nie popuszczali im cugli, to nie byłby lud w obu wioskach wzburzony napaściami urzędników, żołnierzom marsz i trudy, a nam koszty zostałyby zaoszczędzone." Pod listem widniał podpis: "Oławski Mieszczanin w imieniu wielu."

Po wydrukowaniu cytowanego listu, na łamach oławskiego czasopisma toczyła się burzliwa dyskusja. Polemika dotyczyła przede wszystkim roli żołnierzy i urzędników w wydarzeniach 1848 r. Rozważano na wszelkie sposoby nieprzemyślaną wypowiedź urzędnika Saurmy. Natomiast urzędnicy, prawa ręka właścicieli ziemskich w egzekwowaniu wszelkich zobowiązań pieniężnych od poddanych, byli krytykowani za niewłaściwe, często nieludzkie postępowanie wobec chłopów, dodatkowo prowokujące ich do buntu.

W maju 1849 r. jeszcze raz ludność Śląska manifestowała zbrojnie swoje niezadowolenie. Tym razem rozruchy były związane z próbą wywołania ogólnoniemieckiego powstania przeciw królowi pruskiemu. We wrocławskim śródmieściu wzniesiono wtedy 8 potężnych barykad, których bronili polscy i niemieccy robotnicy. Po kilku godzinach, szturm wojska zakończył definitywnie wystąpienie rewolucjonistów.

Ludność wiejska z Jelcza i Laskowic nie włączyła się tym razem do wystąpień i rozruchów, ponieważ zabrakło najbardziej aktywnych i radykalnie myślących chłopów. Tych, którzy odważnie brali udział w wydarzeniach marcowych poprzedniego roku, zamknięto w więzieniach, a pozostałych powołano do służby wojskowej w kwietniu 1849 r. Wykres zaludnienia na tym terenie wykazuje wyraźny spadek w latach 1848 - 1849, zatem liczba aresztowanych i rekrutowanych do wojska musiała być znaczna.

Działalność polityczna organów i urzędów państw europejskich, od połowy XIX wieku obejmowała coraz szersze kręgi społeczeństwa. W Królestwie Prus po Wiośnie Ludów, na mocy konstytucji - nawiasem mówiąc bardzo konserwatywnej - nadanej w 1848 r. powołano instytucję sejmu, w którym także zabór pruski miał swoją reprezentację. Początkowo wybory do sejmu były powszechne i opierały się na zasadach równości. Już w1849 r. nowa ordynacja wyborcza zapewniła przewagę grupom najwyżej opodatkowanym, przede wszystkim ziemiaństwu. Polscy posłowie, na znak solidarności narodowej, założyli w sejmie pruskim Koło Polskie, a wszyscy jego członkowie byli zobowiązani do głoszenia jednolitych poglądów na forum sejmu. Z zasady polscy ziemianie nie mieszali się do spraw niemieckich, natomiast aktywnie dopominali się o prawa narodowe Wielkiego Księstwa Poznańskiego, nie dbając przy tym o rodaków na Śląsku i Pomorzu. Konserwatywna postawa tego Koła nie dawała mu żadnych szans na uzyskanie większych sukcesów w sejmie pruskim.

W maju 1848 r. na Śląsku odbyły się wybory do obu zgromadzeń narodowych, pruskiego w Berlinie i ogólnoniemieckiego we Frankfurcie nad Menem. Dwa stronnictwa polityczne: liberałowie((9 i demokraci(10 prowadziły ożywioną działalność polityczną i energiczną agitację. W końcu września 1848 r. demokraci utworzyli prężnie działające Stowarzyszenie Włościańskie. Jedna z jego filii znajdowała się w Oławie, a mieszkaniec Jelcza Gottlieb Hinke (jego nazwisko zapisywano także w dokumentach - Hanka lub Kanka), był aktywnym członkiem tego ugrupowania politycznego. W styczniu i lutym 1849 r. odbyły się wybory do nowego, dwuizbowego parlamentu. Nieznaczną przewagę otrzymali wtedy demokraci. Właściciel Jelcza ponownie dostał się do Zgromadzenia, a na jednej z sesji zaprezentował poglądy "równo oddalone od absolutyzmu i radykalizmu." Zadeklarował również gotowość "poświęcenia krwi dla ratowania państwa" i powiedział, że "chce z królestwem konstytucyjnym iść lub zginąć."

Niemal równocześnie w Laskowicach zawiązało się stowarzyszenie demokratów, które wyłoniło własnego posła. Został nim, niejaki Kluge z Janikowa, prawdopodobnie staroluterański pastor. Kluge przeszedł przez oba stopnie wyborów i dostał się do pierwszej izby parlamentarnej, mimo oskarżeń jakie ukazywały się pod jego adresem w oławskiej gazecie.

Wiosna Ludów stanowiła przełomowy moment w przemianach ustrojowych i społecznych większości państw europejskich. Niemal od pierwszych dni Wiosny Ludów likwidowano w Królestwie Pruskim ostatnie obowiązujące prawa feudalne na wsi. Tego procesu nie można było powstrzymać w czasie rewolucji i po jej zakończeniu również dlatego, że grupom konserwatywnym wyraźnie zależało na poparciu chłopów w dążeniach do uzyskania władzy. Nowe warunki polityczne i gospodarcze przyspieszyły proces uwłaszczenia i objęły wszystkich, nawet najuboższych mieszkańców wsi. Realizacja postanowień ostatnich ustaw regulujących stosunki między dworami i chłopami przebiegała jednak powoli i trwała jeszcze przez kolejne kilkanaście lat.

Zależność chłopów od właścicieli ziemskich znacznie ograniczyła ustawa wydana 2 stycznia 1849 r., która zniosła prawo do sądownictwa szlacheckiego na wsi. Wszelkie sprawy karne, cywilne, spadkowe i inne podlegały teraz sądom okręgowym.

Ostatnią taką ustawę wydano w Prusach 2 marca 1850 r. Na jej podstawie ostatecznie zniesiono pańszczyznę, a prawem do uwłaszczenia objęto bardzo liczną grupę gospodarstw. Znalazły się tam zwłaszcza te, które pominięto podczas przeprowadzonej wcześniej regulacji, ponieważ nie spełniały stawianych wtedy warunków. Zarządzenie nie dotyczyło jednak chłopów, których usunięto z ziemi, ich własność bezpowrotnie pozostała w rękach posiadaczy wielkich majątków. Podobnie gospodarstwa podlegające krótkoterminowej dzierżawie i ziemie oddawane służbie folwarczneje w charakterze części jej uposażenia, pozostały poza zasięgiem ustawy z 1850 r.

W rzeczywistości wszystkie przeprowadzone reformy nie spełniły żądań wielu mieszkańców wsi i objęły tylko niewielką część gospodarstw. Wyraźnym skutkiem tych przemian było postępujące rozwarstwienie wśród ludności wiejskiej, gdzie najbogatszą i uprzywilejowaną grupę stanowili zagrodnicy. Ich sytuacja prawna i majątkowa była na tyle lepsza, że pozwalała na doskonalenie oraz unowocześnienie sposobów gospodarowania.

Chęć pomnażania własnego kapitału podsuwała niektórym chłopom zupełnie współczesne pomysły. Np. jeden z jelczańskich piwowarów, niejaki Jonderka organizował co niedzielę wycieczki statkiem z Oławy do Jelcza. Przejażdżka połączona z pieczeniem kiełbasek i mięsa kosztowała 3 srebrne grosze od osoby.

W reformowaniu praw do posiadania ziemi uwzględniono też likwidację wspólnych pastwisk gminnych oraz podział łąk na chłopskie i dworskie. Wykaz powierzchni łąk, które przypadły chłopom w Jelcza został umieszczony w jednym z numerów oławskiej gazety Ohlauer Kreis - Blatt. Warto go przytoczyć, ponieważ wskazuje jakie grupy wiejskie zyskały najwięcej ziemi, a poza tym możemy zapoznać się z nazwiskami mieszkańców Jelcza sprzed ponad 100 lat.

W Jelczu wykup obowiązkowych prac wykonywanych na rzecz dworu przypadł na lata 1850 - 1859. Proces uwłaszczenia zakończono ostatecznie w 1863 r.

Przy nabywaniu prawa własności, chłop nadal był zobowiązany do wypłaty odszkodowania na rzecz dziedzica. Najczęściej realizowano je w pieniądzu, co umożliwiało prowadzenie polityki kredytowej na wsi. Jeżeli między chłopem a panem zaistniał spór co do wysokości wykupu renty albo chłop nie dysponował kwotą żądaną przez dziedzica, problem można było rozwiązać kredytem bankowym. Najczęściej pan otrzymywał 20 - krotną rentę w listach zastawnych na 4 %, a bank przejmował prawa do renty chłopskiej. Listy spłacano przez 41 lat, a w efekcie często komornicy, którzy po 1850 r. nabyli niewielkie skrawki ziemi, nie potrafili ich utrzymać. Własność przejmował wtedy bank. Tak np. stało się z dwoma trzymorgowymi zagonami Gottlieba Klampki z Małego Jelcza. Oceniono je na 75 talarów, a kiedy komornik nie spłacił bankowi długu, jego niewielki majątek zlicytowano. Podobny los spotkał 4 morgi ziemi Gottlieba Kozy z tej samej miejscowości.

Saurmowie nie odczuli w żaden negatywny sposób wpływu wydarzeń w okresie Wiosny Ludów na kondycję finansową swojego ogromnego majątku. Wręcz przeciwnie - stale pomnażali kapitał, czerpiąc zyski z dzierżaw, łowisk ryb, łąk, rozwijając hodowlę bydła i gospodarkę leśną. Handel drewnem musiał przynosić im spore dochody, skoro w 1851 r. zaproponowali znaczne ulgi celne wszystkim tym, którzy decydowali się na kupno drewna w ich lasach. W 1854 r. ogłoszono też informację, że do prac leśnych Saurmowie poszukują nowych robotników.

W okolicach Jelcza i Laskowic, w połowie XIX wieku, nadal widać aktywny sprzeciw społeczeństwa wobec obowiązujących zasad prawnych, stosunków społecznych i prób wynarodowienia. Często zdarzały się wypadki uchylania od służby wojskowej, a w 1852 r. jelczanie założyli szkołę staroluterańską - jedną z nielicznych na Śląsku.

O ile w czasie Wiosny Ludów znacznie zmniejszyła się liczba ludności na terenie Jelcza i Laskowic, o tyle po 1850 r. liczba ta systematycznie rosła. Przyrost naturalny był stosunkowo wysoki i wynosił 17,5 osób na 1000 mieszkańców. Przyczyniła się do tego ogólnie dobra koniunktura w rolnictwie. Od 1873 r., kiedy nastąpiło załamanie w przemyśle pruskim, nastąpił też widoczny i stały odpływ ludności jelczańskiej do miasta. Około 60 - 70% mieszkańców wsi stanowili chłopi utrzymujący się z pracy najemnej. Brak zapotrzebowania na zboże zmusił Saurmów do zwolnienia dużej ilości najemników i zastosowania nowych rozwiązań, które zapewniłyby im stałe i duże dochody. Jak wiemy, rozwinęli gospodarkę leśną i hodowlę bydła, gdzie mogli zatrudnić o wiele mniej pracowników niż przy produkcji zboża. W tej sytuacji bezrobotnym nie pozostawało nic innego, jak wyjazd do miasta w poszukiwaniu pracy i chleba oraz nauka nowego zajęcia. Mieszkańcy Jelcza i okolic najczęściej wyjeżdżali do Wrocławia lub Oławy - stamtąd było najbliżej do rodzinnej wsi. W aktach urzędu stanu cywilnego znajdujemy wiele informacji potwierdzających ten fakt: np. na ślubie Henrietty Jonderki spotykamy Pawła Jonderko, który był aplikantem na kolei i mieszkał we Wrocławiu; na ślubie Rosiny Böhm świadkiem był czeladnik krawiecki - Böhm z Oławy; niejaki Wilhelm Maskos, czeladnik młynarski - urodził się w Jelczu, ale mieszkał we Wrocławiu; Krusz z Jelcza pracowała jako kucharka we Wrocławiu, itp.

W styczniu 1871 r., po zakończeniu wojny francusko - pruskiej, nastąpiły zmiany, które wywarły istotny wpływ na sytuację polityczną w Europie. Zwycięskie Prusy proklamowały((2 zjednoczenie około 20 państw niemieckich i utworzenie cesarstwa niemieckiego, II Rzeszy Niemieckiej. Na czele cesarstwa stanął ówczesny król pruski Wilhelm I, który otrzymał tytuł cesarza, a władzę wykonawczą pełnił odpowiedzialny przed nim kanclerz. Kanclerzem zjednoczonego państwa został Otto von Bismarck, człowiek dążący do osiągnięcia silnej pozycji gospodarczej i militarnej II Rzeszy Niemieckiej oraz do bezwzględnego wynarodowienia ludności polskiej.

Zaledwie rok później wydano w Niemczech ustawę, która ograniczała naukę języka polskiego w szkołach śląskich wyłącznie do lekcji religii i to jedynie w najmłodszych klasach, zanim uczniowie dobrze nie opanują języka niemieckiego.

Od 1876 r. język niemiecki stał się jedynym językiem urzędowym w całym cesarstwie niemieckim, także na ziemiach należących w przeszłości do Polski.

W 1874 r. wyszły kolejne ustawy ograniczające uprawnienia właścicieli ziemskich w stosunku do poddanych. Tym razem odebrano im prawo patronatu nad wsią oraz prawo obsadzania stanowiska sołtysa i wójta. Podobnie jak poprzednie ustawy i te z 1874 r. nie odebrały Saurmom władzy nad chłopami. Solidarnie wspierali swoich panów: wójt, sołtys, urzędnicy i najbogatsi chłopi. Na dowód wystarczy przytoczyć skład deputowanych do izby poselskiej z 1879 r., w którym figurują: Karol Pauli - inspektor, Stefan Jarosch - leśniczy, Gottlieb Bilzer - posiadacz sołectwa, hrabia Gustaw Saurma - właściciel fideikomisu, Wilhelm Raabe - wójt (jeden z nielicznych, którzy przybyli do Jelcza po 1852 r.). Nazwiska te z niewielkimi zmianami powtarzają się do pierwszej wojny światowej.

Saurmowie w tym czasie bardzo wyraźnie opowiadali się po stronie rządu królewskiego i deklarowali poparcie dla wszelkich jego poczynań opartych na polityce reakcyjnej.((3 Junkier, hrabia Johann Saurma z Laskowic, wychowanek uniwersytetu w Bonn, był najpierw szambelanem((4 Wielkiego Księcia Włodzimierza, a potem cara Aleksandra III, z którym utrzymywał przyjazne stosunki i wymieniał serdeczne listy. On także był jednym z założycieli Patriotycznego Związku Oławskiego, stawiającego sobie za cel: "dążyć wszelkimi dozwolonymi moralnie i prawnie środkami do rozszerzenia i umocnienia zasady, która wypływa z ducha i ze słów naszej konstytucji: w Prusach nie może istnieć żaden parlamentarny rząd oprócz silnego rządu królewskiego."

W 1874 r. powstały urzędy stanu cywilnego. Wieś Jelcz należała wtedy do okręgu administracyjnego, w skład którego wchodziły jeszcze: Nowy Dwór, Otok, Górnik i Piekary, gdzie mieścił się właśnie urząd stanu cywilnego. W księgach urodzeń, zgonów i zawartych małżeństw,pochodzących z lat 1874 - 1879, można odczytać następujące nazwiska: Bilzer, Böhm, Beutner, Bochnig, Buke, Frost, Gazde, Grabolle, Grabisch, Grohser, Hentschel, Kaldasz, Krusz, Langer, Mazur, Jedzig, Kränsel, Maskos, Nowak, Chnesorge, Pajung, Siegosch, Stampke, Tinzmann, Trumpke, Witton, Wishle, Wollny, Wieltsch, Wilczeck i Zippel. 95 % tych nazwisk spotykamy w przytoczonym powyżej wykazie osób, które w 1852 r. posiadały łąki. Pamiętajmy, że nie ujęto tam ludności najbiedniejszej - komorników, robotników i flisaków. Część tych nazwisk spotkaliśmy również w tabelach regulacyjnych, pochodzących z lat dwudziestych XIX wieku.

Biorąc pod uwagę jedynie te, które znajdują się w księgach urzędu stanu cywilnego w Piekarach i w recesie z 1852 r., wyraźnie przeważają wśród nich nazwiska polskie: Bilzer (Bilicz), Bochnik (Chmiel, Chmielnik), Birke (Bierka), Gazda (staropolskie gozd - las), Grabolle, Mazur, Jedzig (Jeżyk), Kränsel (Kręzel - część przęślicy), Maskos, Nowak, Pajung (Pająk), Stompke (stępka - kil, element szkieletu kadłuba statku), Trumpke (Trąbka), Wollny, Wilczek.
Nazwiska pochodzenia obcego nazwisko Böhm nazwisko pochodzenia czeskiego Frost Mróz - Mrozek Wiehle Wiele? Krusz Kruszywo? - podpisał się pod petycją dotyczącą zachowania polskiego języka w 1824 r. Wieltsch Wilczur? Grabisch Grabarz? - w języku niemieckim byłoby Graber Langer nazwisko niemieckie albo zniemczone Długi? Tinzmann podpisał się pod petycją w 1824 r. Kaldasz ? Hentschel podpisał się pod petycją z 1824 r. Grohser nazwisko niemieckie Chnesorge ? Beutner ?

Ilość nazwisk niemieckich, przypadających na ogólną liczbę mieszkańców Jelcza nie była zbyt duża, a wśród ludzi, którzy ich używali na pewno było wielu Polaków. Germanizację ludności polskiej realizowano bardzo skrupulatnie, a całkiem jawny proces zniemczania polskich nazwisk można prześledzić na przykładzie nazwiska "Frost," które zostało zmienione właśnie w okresie uwłaszczenia. Umowę dotyczącą podziału pastwiska gminnego, sporządzoną w 1852 r. podpisano w następujący sposób: Gottlieb Mrosek (deutsch Frost) - pismo urzędnika, a pod spodem nieudolny podpis chłopa - Gottlieb Frost. Na pewno nie tylko to jedno nazwisko zniemczono w Jelczu, wykorzystując brak wprawy w pisaniu lub analfabetyzm i lęk prostych ludzi przed niemieckimi urzędnikami.

W oparciu o zebrane informacje o mieszkańcach Jelcza i okolic wydaje mało prawdopodobnie, że na początku XX wieku w powiecie oławskim nie było już ludności polskiej. Ten rozpowszechniony pogląd nie znajduje uzasadnienia, ponieważ trzon społeczeństwa pozostał tutaj ten sam co przed wiekami. Odpływ najuboższego społeczeństwa rozpoczął się dopiero w połowie XIX wieku, ale nadal żyli tu Polacy mówiący naszym ojczystym językiem. Świadczą o tym choćby przytoczone powyżej nazwiska. Nie można jednak zaprzeczyć osłabieniu poczucia odrębności narodowej, które było wynikiem wielu czynników ekonomicznych, społecznych i politycznych omówionych powyżej.

Pod koniec XIX wieku dobra jelczańskie zostały oddane w dzierżawę niejakiemu Fuchsowi, który na początku XX wieku tytułował się mianem właściciela dóbr rycerskich.

Pierwsza wojna światowa i okres międzywojenny

Latem 1914 r. wybuchła pierwsza wojna światowa. Już od stycznia tego roku pojawiały się w gazecie oławskiej artykuły mobilizujące ludność do przygotowań na wypadek wojny. Kiedy rozpoczęły się działania wojenne, we wsiach pozostały przede wszystkim kobiety i mężczyźni niezdolni do służby woskowej. Wszystkich zdrowych mężczyzn powołano do niemieckiego wojska. W październiku nadeszły pierwsze wieści o poległych, ciężko rannych lub zaginionych. Z walczących na frontach jelczan tylko w ciągu 1914 - 1915 r. zginęli lub zostali ranni:
rezerwista Emil Wieltsch
żołnierz Paweł Barwitsch
muszkieter Gustaw Reisner
podoficer Ryszard Kornad
szeregowiec Gustaw Stephan
żołnierz Paweł Stowig
kierowca Paweł Kränsel
żołnierz Juliusz Kränsel
rezerwista Alojzy Liehr
muszkieter Gustaw Schubert
szeregowiec Hermann Bugdalle
saper Adolf Wieltsch
rezerwista Artur Frühklug
żołnierz Karol Zippel

Tymczasem mieszkańcy dolnośląskich wsi żyli w bardzo trudnych warunkach. Brakowało rąk do pracy, ziemia leżała odłogiem, system przymusowych dostaw produktów żywnościowych i stałe ceny rujnowały gospodarstwa. Znacznie też obniżyła się wysokość produkcji płodów rolnych. W porównaniu z okresem przedwojennym w 1918 r. w Jelczu zebrano tylko 55% pszenicy, 65% żyta, 55% ziemniaków, 50% owsa i 60% koniczyny.

W pierwszych latach po wojnie sytuacja na wsi nie uległa poprawie. Nawet bogatym chłopom posiadającym ziemię powodziło się źle, natomiast biedota żyła w zupełnej nędzy. Na chłopach nadal spoczywał uciążliwy obowiązek dostarczania żywności. Co prawda bardziej zaradni starali się różnymi sposobami ominąć niewygodne zarządzenie, ale nie zawsze udawało się oszukać niemieckich urzędników. Za wykrycie nawet niewielkich zapasów groziły wysokie kary. Rubryki sądowe czasopisma wydawanego w Oławie bardzo często zamieszczały ogłoszenia następującej treści: "Na 300 marek grzywny skazano Gottlieba N. z Jelcza, który dostarczał za mało mleka, a produkował masło." Inne głosiło: "Właściciel zagrody Gottlieb G. z Jelcza nie dostarczył mleka, bo powiedział, że nie posiada krów. Podczas rewizji wykryto 5 l śmietany i mleko. Skazano go na 100 marek grzywny albo 20 dni aresztu." Te dwa zawiadomienia odnotowane w 1919 r., dotyczą chłopów posiadających ziemię. Do czego zmuszało ubóstwo najuboższych wiemy dzięki notatkom takiej treści: "Flisak Wilhelm L. z Łęgu został skazany na 20 marek grzywny za kradzież ziemniaków należących do Dominium Laskowice."

Pierwsza wojna światowa skończyła się w 1918 r. 11 listopada Niemcy kapitulowały, a w tym samym czasie Józef Piłsudski, którego uwolniono z więzienia w Magdeburgu, rozpoczął w Warszawie organizację władzy w wolnej, niepodległej Polsce.

Po upadku monarchii niemieckiej 9 listopada 1918 r. proklamowano republikę. W 1919 r. na mocy konstytucji uchwalonej 31 lipca 1919 r. w Weimarze powstała tzw. Republika Weimarska. Wrocław i cały Dolny Śląsk pozostały w obszarze tego państwa.

W listopadzie tego samego roku, w Laskowicach odbyło się zebranie lokalnego Związku Gospodarzy Wiejskich. Z protokołu tego zebrania wynika, że bogaci chłopi domagali się od państwa niemieckiego szczególnego uprzywilejowania, motywując to koniecznością rozwoju rolnictwa w obliczu trudności gospodarczych Niemiec po przegranej wojnie. Powyższa petycja nie wpłynęła oczywiście w żaden sposób na poprawę ich trudnej sytuacji.

Ludność wiejska w okresie międzywojennym była zaangażowana w życie polityczne państwa niemieckiego znacznie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chłopi, a szczególnie proletariat wiejski, brali aktywny udział w wyborach parlamentarnych do Reichstagu i interesowali się programami wielu partii politycznych, licząc na poparcie i opiekę różnych ugrupowań.

W 1920 r. ogólnie w wyborach wzięło udział:
255 mieszkańców Piekar (łącznie z folwarkiem)
496 mieszkańców Jelcza (łącznie z folwarkiem)
641 mieszkańców Laskowic (łącznie z folwarkiem)
199 mieszkańców Nowego Dworu (łącznie z folwarkiem)
462 mieszkańców Ratowic
W 1924 r. :
269 mieszkańców Piekar (łącznie z folwarkiem)
623 mieszkańców Jelcza (łącznie z folwarkiem)
651 mieszkańców Laskowic (łącznie z folwarkiem)
211 mieszkańców Nowego dworu
451 mieszkańców Ratowic.
W 1928 r.:
290 mieszkańców Piekar (łącznie z folwarkiem)
592 mieszkańców Jelcza (łącznie z folwarkiem)
709 mieszkańców Laskowic (łącznie z folwarkiem)
204 mieszkańców Nowego Dworu (łącznie z folwarkiem)
433 mieszkańców Ratowic
Wyniki wyborów świadczą o dużym poparciu dla partii robotniczych i postępowych.

W latach 1920 - 1924 sytuacja na wsi niewiele się poprawiła, podobnie było do 1928 r, chociaż od 1924 r. nastąpił w Niemczech okres stabilizacji.

Wielki kryzys ekonomiczny w latach 1929 - 1932 i wiążąca się z nim ruina gospodarcza kraju, przyczyniły się do sukcesu partii NSDAP w wyborach 1930 r. W porównaniu z 1928 r. hitlerowcy uzyskali wtedy kilkakrotnie więcej głosów. Znaczne obniżenie stopy życiowej ogromnej liczebnie grupy rzemieślników, drobnych kupców, chłopów i inteligencji, tragiczne położenie bezrobotnych, którzy stracili wszelką nadzieję na otrzymanie pracy, brak perspektyw dla młodzieży, niewywiązywanie się z obietnic i oszustwa ugrupowań politycznych - to wszystko spowodowało utratę wiarygodności działających partii.

Tymczasem ruch narodowosocjalistyczny zyskiwał coraz szersze poparcie społeczeństwa. Początkowo byli to ludzie zdeklasowani przez wojnę i członkowie różnych organizacji paramilitarnych. Gdy nastąpił okres wielkiego kryzysu, pojawili się wśród zwolenników programu hitlerowskiego chłopi, robotnicy, inteligencja, mieszczaństwo, a w końcu właściciele wielkiego kapitału.

Użycie wszelkich możliwych środków propagandy, demagogiczne hasła i atrakcyjny program, odniosły zamierzony skutek. Wyniki wyborów do parlamentu w latach 1932 i 1933 wykazały wyraźną przewagę NSDAP nad innymi partiami. Tak było również w okolicznych miejscowościach: 1932 r.1933 r.NSDAP inne partie NSDAP inne partiePiekary20611422993Jelcz357387401351Laskowice455322520308NowyDwór14510216991Ratowice356325472322

Już w 1932 r. NSDAP stała się najpotężniejszą partią w Reichstagu. 30 stycznia 1933 r. Hitler został kanclerzem, a po ogłoszeniu wyjątkowych uprawnień 27 lutego 1933 r. zniósł swobody obywatelskie, rozwiązał wszystkie partie poza NSDAP, związki zawodowe i niezależne organizacje. W Dachau utworzono pierwszy obóz dla "wrogów państwa i narodu niemieckiego," prześladowano Żydów, ograniczono uprawnienia Kościoła, wzmagał się terror policji i hitlerowskich bojówek SA i SS, opracowano zasady wychowania młodzieży i dzieci w duchu narodowosocjalistycznym, a propagandę podporządkowano potrzebom hitlerowców. Po śmierci sędziwego prezydenta P. Hindenburga w 1934 r., Hitler objął całą władzę jako kanclerz III Rzeszy.

W Jelczu także powstała komórka NSDAP. Należeli do niej głównie ci, którzy na mocy ustawy z 29 września 1933 r. stali się "nową szlachtą ziemi i krwi." Byli to chłopi posiadający od 7,5 do 125 ha i legitymujący się czystą krwią aryjczyków.((9 Ustawa zakładała, że gospodarstwa nie będą podlegały podziałowi, a dziedziczoną własność przejmie w całości najstarszy syn. Reszta rodziny musiała opuścić ojcowiznę. Zwolniono je z podatku gruntowego i spadkowego, ale też nie wolno było takiego majątku sprzedać ani zastawić.

Poparcie dla gospodarki rolnej, opierającej się na gospodarstwach wielkochłopskich, wiązało się z polityką i ideologią hitlerowską. Wieś miała być źródłem siły narodu, podstawą społeczeństwa mającą zapewnić zdrowe, liczne potomstwo. Opracowano szeroki program "stanu wyżywienia Rzeszy," a powyższa ustawa stanowiła jeden z jego elementów.

Na naszych terenach NSDAP także zyskała wielu zwolenników. Zapisywali się tam (między innymi i oczywiście nie wszyscy) Polacy, których przodkowie jeszcze na początku XIX wieku nie umieli powiedzieć słowa po niemiecku. Musimy zrozumieć i uświadomić sobie, że to nie ideologia przyciągała ich do partii faszystowskiej, ale ziemia, której głód odczuwali od wieków.

Regulacja rzeki Odry spowodowała, że wieś Jelcz oddaliła się od jej brzegu o 2 km. Zahamowanie rozwoju i w związku z tym utrata znaczenia tej miejscowości były szczególnie widoczne w okresie międzywojennym, kiedy rozbudowywano powstałe w drugiej połowie XIX wieku zakłady wyrabiające szkuty i naprawiające barki. W Jelczu z oczywistych powodów było to niemożliwe, natomiast pobliskie Ratowice wykorzystywały położenie nad Odrą i dobrą koniunkturę. Tutaj przybywali flisacy i chłopi poszukujący pracy, dlatego spotykamy w Ratowicach nazwiska znane nam z Jelcza: Treska, Maskos lub przybyszów z innych stron: Szlenzok czy Rusman. O wysokim poziomie produkcji ratowickich warsztatów, które posiadał niejaki Gazda, świadczy niezaprzeczalnie fakt, iż 8 lutego 1939 r. wyprodukowano tutaj pierwszy kuter motorowy.

O rozwoju Ratowic i równocześnie osłabieniu pozycji Jelcza najdobitniej świadczy liczba mieszkańców obu tych miejscowości:
rok 1900rok 1939wzrost liczby ludnościróżnica%Jelcz1 1061 30720119Ratowice1 0421 68964261

Ludność Jelcza i Laskowic oraz okolicznych miejscowości w okresie międzywojennym w zasadzie nie mówiła już po polsku. Wcześniej, bo pod koniec XIX wieku zatraciła też poczucie więzi narodowej z Polakami. Przyczyniły się do tego: systematyczna, rygorystycznie prowadzona germanizacja, udział w życiu politycznym i gospodarczym Niemiec oraz konieczność skoncentrowania uwagi na elementarnej potrzebie człowieka - jak przetrwać. O etnicznie polskim pochodzeniu i trwałości tej grupy społecznej świadczą nazwiska. Nie sposób jednak dokonać dokładnego zestawienia nazwisk mieszkańców Jelcza i okolic z XIX wieku i okresu międzywojennego. W czasie procesów uwłaszczeniowych spisywano jedynie tych, których obejmowały ustawy, nie posiadamy także dokładnego spisu nazwisk z lat międzywojennych. Porównując nieliczne dane z gazety oławskiej i recesu uwłaszczeniowego można jednak wykazać, że niektóre z rodzin mieszkały tu od pokoleń. Ohlauer Kreis - Blatt z dnia:nazwisko mieszkańca Jelcza odnotowanego w gazecie nazwisko mieszkańca Jelcza odnotowanego w spisie uwłaszczeniowym 8 II 1937 Berta Maskos (żona Gottlieba) Christian Maskos (zagrodnik) 23 IV 1937 Henryk Wilcek Gotfryd Wicek (zagrodnik) 6 IV 1938Jan Gazda Daniel Gazda (chałupnik)3 IX 1938ScholzJózef Scholz10 IX 1938Gustaw KruszKarol Krusz (chałupnik)24 II 1939BilcerFranciszek Bilcer (zagrodnik)8 XII 1939Jan GrabiszGottlieb Grabisz (chałupnik)1940 NowakHenryk Nowak (chałupnik)25 IX 1941JeskeGotfryd Jaeschke (chałupnik)8 XII 1939 GrabiszGottlieb Grabisz (chałupnik)18 IX 1941BeutnerGotfryd Beutner (chałupnik)

1 września 1939 r. wybuchła druga wojna światowa. Uczestniczyło w niej 61 państw, zmobilizowano około 110 mln żołnierzy, którzy walczyli w Europie, Afryce, Azji, na wyspach Oceanu Atlantyckiego i Oceanu Spokojnego.

Pięć lat wojny przyniosło ze sobą śmierć około 50 mln ludzi. Polacy i ziemie polskie szczególnie dotkliwie odczuły okrucieństwa systemu faszystowskiego. Naród polski stoczył najdłuższą walkę spośród wszystkich narodów koalicji antyhitlerowskiej i poniósł największe straty. Na każde 1 000 Polaków zginęło 220 osób. Ogółem stanowiło to liczbę 6,028 mln i 22,2% wszystkich mieszkańpców ówczesnej Polski.
Ziem, na których mieszkamy, wojna także nie ominęła.

Rozmiar: 2868 bajtów

Fünfteichen

Rozmiar: 3711 bajtów

28 lutego 1933 r. prezydent Niemiec P. Hindenburg wydał specjalne rozporządzenie o ochronie narodu i państwa. Ograniczało ono znacznie wolność osobistą obywateli i zezwalało na aresztowanie i więzienie przez czas nieograniczony, bez wyroku sądowego, przeciwników kształtującego się wtedy w Niemczech systemu faszystowskiego. Zamykano ich obozach koncentracyjnych, czyli ośrodkach odosobnienia, w których musieli ciężko, niewolniczo pracować i znosić upokorzenia, prześladowania oraz wymyślne kary za wszelkie prawdziwe i wyimaginowane przewinienia. Głodzeni, ubrani tylko w pasiaki i drewniane chodaki, bez względu na pogodę, stłoczeni w ciasnych pomieszczeniach, śpiący po kilka osób na wąskich pryczach, pracując ponad ludzkie siły, praktycznie bez odpoczynku, żyli w ciągłym strachu o własne życie.

Pierwsze obozy odosobnienia powstały w Rosji po zakończeniu pierwszej wojny światowej, w okresie tzw. komunizmu wojennego. Pierwszy obóz hitlerowski powstał w Dachau już w 1933 r., na mocy zarządzenia szefa SS(20 H. Himlera. Od 1934 r. traktowano go jako obóz wzorcowy. Następne powstawały niemal co roku, a w latach 1939 - 1945 hitlerowcy zorganizowali 9 tysięcy obozów i podobozów, przez które przeszło ogółem 18 milionów więźniów i jeńców wojennych z 30 krajów świata.

W 1936 r. otwarto obóz w Sachsenhausen w pobliżu Oranienburga. Do maja 1941 r. podlegała mu filia Gross Rosen (miejscowość Rogoźnica, leżąca około 60 km na południowy zachód od Wrocławia). Część pól, na których powstał obóz, należało do firmy "Granitwerke Alfons Hay," specjalizującej się w wydobywaniu kamieni budowlanych. Ponieważ właściciel był Żydem, najprawdopodobniej odesłano go do jednego z miejsc zagłady, a firma przeszła w ręce SS. Obóz koncentracyjny Gross Rosen powstał w sierpniu 1940 r. i istniał do lutego 1945 r. Od 1941 r. był jednostką samodzielną. Podlegało mu ponad 80 podobozów. Przeszło przez niego 125 tys. więźniów, głównie obywateli polskich, z których około 50 tys. zginęło.

Jeden z największych podobozów Gross Rosen, przeznaczony dla kilku tys. mężczyzn, ulokowano we wsi Fünfteichen - dzisiaj Miłoszyce w gminie Jelcz - Laskowice. Niemiecka nazwa Fünfteichen oznacza po polsku Pięć Stawów. Z pięciu pozostał dzisiaj już tylko jeden, ponieważ dwa zasypano, a następne dwa wykorzystano na baseny przeciwpożarowe. Poprzednia, również niemiecka nazwa Miłoszyc brzmiała Meleschwitz, zamieniono ją na Fünfteichen w 1937 r.

Arbeitslager (obóz pracy) istniał w Fünfteichen od 1 grudnia 1943 do 21 stycznia 1945 r., kiedy wszystkich więźniów mogących poruszać się o własnych siłach ewakuowano z powrotem do macierzystego obozu Gross Rosen. Wielu z nich zginęło w trakcie przemarszu, nazywanego czasem "marszem śmierci" lub "marszem szkieletów." Więźniowie w Fünfteichen pracowali w zakładach zbrojeniowych "Friedrich Krupp - Bertha Werke" oraz innych przedsiębiorstwach, które wykonywały prace przy rozbudowie tych zakładów.

Zanim jednak powstał obóz w Fünfteichen, istniał wcześniej inny w miejscowości Markstädt - tak przed wojną nazywały się Laskowice. Znajdował się na obszarze wsi Laskowice, za parkiem pałacowym i zabudowaniami IUNGU, na terenie obecnych pastwisk.

W marcu lub kwietniu 1942 r. przywieziono tam 700 osób z obozu policyjnego w Sosnowcu. Prawdopodobnie było już wtedy w Laskowicach około 1,5 tys. więźniów. Ulokowano ich wszystkich w 20 nowych barakach. W każdym znajdowało się 9 - 10 izb, przy czym jedną zamieszkiwało co najmniej 12 osób. Pomieszczenia dla więźniów wyposażono w żelazne piece, jednak za próbę zapalenia w nich groziły surowe kary. Do obozu prowadziła brama wejściowa. Całość otoczono murem kolczastym i obstawiono niemiecką policją, która nadzorowała teren obozu. Wydzielono także plac apelowy.

Wyżywienie, podobnie jak w innych hitlerowskich obozach, było złe i składało się z głodowych porcji. Na śniadanie musiało wystarczyć 20 g chleba, 2 dag margaryny albo 2 - 3 dag topionego sera lub marmolady oraz pół litra niesłodzonej kawy zbożowej. Obiad składał się z wodnistej zupy z pokrzyw albo brukwi, a gotowanie odbywało się w warunkach urągającym wszelkim zasadom higieny: w zupie zawsze było dużo piasku i często pływały myszy. Ilość soli była tak duża, że trudno było tę potrawę zjeść. Na jedną osobę przypadało też około 1/4 kg ziemniaków w łupinach. Po ciężkim dniu pracy więźniowie dostawali na kolację 20 dag chleba i niesłodzoną kawę.

Raport o sytuacji w laskowickim obozie z 1942 r. donosił, że stan zdrowia więźniów jest tak zły, iż potrzebują aż (!) 50 min. na dojście do zakładów. Ich obuwie, to zniszczone, zdarte drewniaki lub szmaty. Pracują bez śniadania, a przed południem każdy dostaje jedynie talerz zupy. Dalej czytamy: "więźniowie są tak głodni, że szukają odpadków albo żebrzą."

Projekt budowy zakładów zbrojeniowych w Jelczu przy pomocy więźniów po raz pierwszy wysunął Alfred Krupp von Bohlen und Halbach 5 lutego 1942 r. 8 sierpnia 1942 r. m. in. Alfred Krupp, Karol Otto Saur - szef biura technicznego ministra Speera oraz sam minister Speer spotkali się w kwaterze Hitlera, aby podjąć ostateczną decyzję. Na procesie norymberskim,(powołany na świadka, K. O. Saur tak opisywał wspomniane wydarzenie: "Pan von Bohlen po rozmowie z Hitlerem wyszedł z jego kwatery głównej z ministrem Speerem do parku na terenie Kętrzyna (Rastenburga), gdzie spacerowałem z innymi panami. Speer podszedł do mnie w obecności pana von Bohlena i poinformował mnie o rozkazie, który wydał teraz Hitler, że zakłady mają być wzniesione i że mamy dać mu każdą pomoc, której potrzebuje. (...) Dowiedziałem się też, że jest to specjalny rozkaz Hitlera, który mamy wykonać." Pytany przez trybunał, dlaczego Hitler interweniował w tej sprawie, Speer wyjaśnił, że Hitler miał wielki szacunek i słabość do nazwiska Kruppa i jego rodziny, ponieważ - powtarzając jego własne słowa - była to "kuźnia oręża dla całych Niemiec." Dalej świadek zeznawał: "Stosunek między Kruppem a nami był zupełnie inny niż stosunki nasze z innymi firmami. Należy to przypisać wyjątkowej pozycji, jaką posiadał. Jedynie zakłady Hermana Göringa miały taką pozycję."

W okresie międzywojennym główny właściciel zakładów zbrojeniowych Gustaw von Bohlen und Halbach (zięć Friedricha Alfreda Kruppa) był dostawcą broni na skalę światową. On także poparł dojście Hitlera do władzy. Natomiast w czasie drugiej wojny światowej, fabryki Kruppa były podstawą przemysłu zbrojeniowego Niemiec.

Powstające w Jelczu zakłady miały być wyłączną własnością Kruppa, podobnie jak cała wielka firma ze wszystkimi zakładami zbrojeniowymi. Stało się tak na mocy rozkazu samego Hitlera w 1943 r.

Spodziewano się, że przepustowość stali w jelczańskich zakładach osiągnie normę równą takim fabrykom, jak w Essen i Reinhausen.

Imię Bertha nadano fabryce, aby uhonorować matkę Alfreda. Było to jedno z ostatnich życzeń Gustawa Kruppa - ojca Alfreda, zanim uczynił syna swym pełnomocnym spadkobiercą.

Jeszcze w 1942 r. ruszyły prace przygotowawcze, poprzedzające budowę zakładów. Część więźniów z Laskowic pracowała przy ustawianiu baraków z gotowych elementów, w odległości 1,5 km od obozu w stronę Oławy. Inni przygotowywali teren pod budowę zakładów zbrojeniowych. Wszelkimi pracami budowlanymi kierowali niemiecy fachowcy z takich firm budowlanych jak: "ARGE," "Christoph und Unmark," "Glatzer Bau - Ring," "Julius Schallhorn -Berlin," "Henkell und Sohn," "Grün und Bilfinger" oraz "Krupp."

Latem 1942 r., przy wstępnych pracach niwelacyjnych i budowie dróg dojazdowych pracowało prawdopodobnie około 5 000 więźniów, przede wszystkim Żydów z całej Europy. W czasie 9 miesięcy budowy fabryki, jak mówią byli więźniowie, dziennie ginęło kilkaset osób. Pracowników nie brakowało, ponieważ nowych więźniów dowoziły liczne transporty. Komendantem obozu był wtedy niejaki Linder.

W najbliższej okolicy, w czasie wojny był jeszcze jeden obóz - w Rattwitz (Ratowicach). Przeznaczono go dla przymusowych robotników, pełnił funkcję zakładu wychowawczego (Erziehungslager). Przebywało tam około 1 200 więźniów, a każdego nowego witano podobno tradycyjnie 50 batami. Powszechnie wiadomo, że w obozach hitlerowskich stosowano zazwyczaj 3 kary chłosty: 25, 50 i 75 batów, te dwie ostatnie mało kto potrafił wytrzymać.

Kiedy rozpoczęto budowę fabryki Kruppa, zatrudniono tam także robotników z Ratowic.

Tymczasem toczyły się rozmowy z Głównym Urzędem Gospodarki i Administracji SS, aby ostatecznie wyjaśnić, skąd sprowadzić więźniów - robotników do fabryki. Kierownikiem urzędu był w tym czasie Obengruppenführer SS Oswald Pohl, natomiast w imieniu koncernu Kruppa rozmowy prowadził inżynier Reiff. Friedrich Krupp popierał pomysł swojego głównego konstruktora, aby zatrudnić tu więźniów żydowskiego pochodzenia. Skierowano więc taką propozycję do Gross Rosen, a kiedy ofertę przyjęto, rozpoczęły się z kolei pertraktacje z właścicielami kilkudziesięciu hektarów gruntów w Fünfteichen, które wstępnie przeznaczono pod budowę nowego obozu. W urzędowym spisie nieruchomości (tzw. księdze katastralnej) wsi Fünfteichen, prowadzonej od połowy XIX wieku do 1944 r., w 1943 r. wykreślono 2 instytucje: "Deutsche Landsiedlung" i "I. G. Farben" oraz 8 nazwisk: Luiza Hellmich, Otto Stein, Georg Huth, Lisabeth Knittel, Johann Schölzel, Jozsef Swoboda, Georg Laber i Maria Wanzek. Jako nowego właściciela gruntów wpisano: "Friedrich Krupp - Bertha Werke." Niedługo potem wykreślono też firmę Kruppa, nie podając jednak nowego nabywcy ziem w Fünfteichen. Możemy się jedynie domyślać, że Krupp był zmuszony sprzedać nieruchomość komuś (a być może jeszcze na tym sporo zarobił), kto nie życzył sobie ujawnienia swojej tożsamości. Najprawdopodobniej chodziło o SS.

Przy pracach wstępnych, przygotowujących teren pod zakłady zbrojeniowe Kruppa, w końcu października 1942 r. pracowało 600 więźniów, w listopadzie 685, a w grudniu 890. Głównemu Urzędowi Gospodarki i Administracji SS to jednak nie wystarczało. Postawiono Kruppowi warunek: albo szybko zwiększy ilość więźniów i przyspieszy tempo prac albo zakłady w Jelczu nie powstaną. Dodajmy, że urząd SS pobierał od koncernu opłatę 4 marek za niewykwalifikowanego robotnika, natomiast 6 za fachowca.

Żądanie postawione przez SS musiało być trudne do zrealizowania, skoro jeszcze w kwietniu 1944 r. pracowało tam prawdopodobnie tylko 1 668 więźniów. Za to w październiku tego roku, niedługo przed likwidacją obozu, władze hitlerowskie odnotowały 6 000 robotników w zakładach zbrojeniowych Kruppa.

Zakładano także, że do 10 października 1943 r. obóz Fünfteichen będzie liczył 800 więźniów, 15 października już 2 300, a do 1 grudnia tego samego roku miało znaleźć w nim miejsce aż 4 000 osób.

Budowę fabryki pod kierunkiem dra Paula Hansena rozpoczynano w styczniu 1943 r., z kapitałem 100 mln marek, a sam Krupp miał wyłożyć w razie potrzeby jeszcze 120 mln marek. Prace toczyły się szybko i planowo. Wznoszono hale, wykańczano budowę dróg dojazdowych. Sprowadzano maszyny z Nadrenii i instalowano wszelkie inne części wyposażenia.

Początkiem lata 1943 r. obóz w Markstädt (Laskowicach) zlikwidowano. Część więźniów przewieziono do obozu Stutthof (Sztutowo koło Elbląga, był to obóz zagłady natychmiastowej) lub jego filii. Około 1 000 pozostałych przeniesiono do Miłoszyc i razem z innymi zakwaterowano w 26 barakach. Niektóre z nich stały jeszcze puste - czekały na nowych mieszkańców. Obóz w Ratowicach także z czasem zlikwidowano.

Produkcja zakładów zbrojeniowych w Jelczu miała duże znaczenie dla Trzeciej Rzeszy, zwłaszcza po zniszczeniach, jakim uległy fabryki w Essen po nalotach lotnictwa RAF((2 na zagłębie Ruhry. Kiedy minister Speer utworzył Komitet Pracy Niemieckiego Przemysłu Zbrojeniowego, Krupp musiał zgodzić się na zatrudnienie niemieckich specjalistów przede wszystkim z Essen. Główną i najtańszą siłą roboczą byli więźniowie.

Szczytową, docelową produkcję Krupp zamierzał osiągnąć w październiku 1944 r. W lutym tego roku planowano rozruch nowych zakładów stalowych i fabryki płyt pancernych. Niezmiennie przy tym podkreślano, że w maksymalnym stopniu wykorzysta się w tym przedsięwzięciu "Judenmaterial" (materiał żydowski). Jednak plany pokrzyżowała ofensywa frontu ukraińskiego. Wycofujący się Niemcy zabierali ze sobą wszystko, co mogło się przydać. Ewakuowano w pośpiechu urządzenia techniczne i materiały z fabryk Kruppa na Ukrainie. Do Jelcza przywieziono wtedy gigantyczne turbiny, 10 tys. ton stalowego stopu i 8 tys. ton stali chromowej. Do przetransportowania urządzeń fabrycznych i majątku z Krematorska, Krupp żądał 280 ciężarówek. Otrzymał 100, załadowano na nie najważniejsze wyposażenie.

Piasek na potrzeby budowy fabryki Kruppa wydobywano w dwóch nowych pobliskich piaskowniach. Oba wyrobiska szybko napełniły się wodą tworząc duże stawy: jeden w Miłoszycach i drugi - większy w Jelczu.

W Bertha - Werke początkowo produkowano haubice (działa dalekosiężne) o średnicy lufy 125 mm, potem wały korbowe do samolotów i silniki czołgowe.

Przestrzeń fabryki wypełniało 6 wielkich hal o powierzchni 200 x 200 m. W każdej z nich zatrudniano około 1 000 osób. W sumie w 1944 r., w okresie szczególnie intensywnej produkcji pracowało tam 6 000 więźniów i około 2 000 robotników cywilnych.

Wśród więzionych mężczyzn było wielu bardzo młodych chłopców. Niektórzy mieli zaledwie kilkanaście lat. Byli i tacy, którzy nie ukończyli trzynastego, czternastego roku życia. Przywożono ich w transportach, zwłaszcza po upadku Powstania Warszawskiego.

Jeden z byłych więźniów Fünfteichen Tadeusz Goldsztajn wspomina, że więźniów dzielono na dwudziestoosobowe oddziały (on sam pracował w brygadzie nr 10), a każdy z nich wykonywał jedną część lekkiej haubicy. Tempo prac było tak szybkie, że jeden komplet artyleryjskich części był gotowy w ciągu godziny. "Szybkość - jak mówi T. Goldsztajn - była kupowana za każdą cenę, była przemysłowym hazardem, który stał się nieznośny od najwcześniejszych dni Alfreda Wielkiego." Notowano nawet każde wyjście do ubikacji. Należało zgłosić się po numerek, a jego zwrot dokładnie kontrolowano. Jeżeli ktoś przebywał tam zbyt długo, np. z powodu rozstroju żołądka, polewano go zimną wodą. Wspominał o tym W. Michalecki (w Gross Rosen więzień nr 87 499).

Na hali nr 6 produkowano wyrzutnie torpedowe 75 i 150 mm. Produkcją kierował niemiecki inżynier i jego zastępca. Podlegały mu 22 szyfy, każdy pod opieką jednego majstra. Szyfami nazywano ciągi produkcyjne między suwnicami. W hali pracowało 20 - 22 suwnic, więc było tam 20 - 22 szyfów. Na końcu hali, przy ostatniej suwnicy, produkowany element montowano na gotowo. W szyfie pracowało około 20 - 30 więźniów i kilku fachowców cywilnych narodowości niemieckiej. Pracę robotników nadzorowali strażnicy i kapo.((3

Tempo pracy było bardzo szybkie. Dziennie halę opuszczało 17 dział, 2 - 3 wyrzutnie oraz części dział, które przekazywano do dalszego montażu innym wydziałom. Od listopada do grudnia 1944 r., kiedy dodatkowo przyspieszono produkcję, za dobrą pracę wyznaczono więźniom premię: 1 spleśniały chleb i 27 g marchwi. Wielu odchorowało tę nagrodę, byli i tacy, którzy zatruli się śmiertelnie.

Mimo ciągłego nadzoru i surowych kar, do kary śmierci włącznie, przeprowadzano akcje sabotażowe. Więźniowie niszczyli maszyny, narzędzia, instalację elektryczną, materiały budowlane - co się dało. Za cofnięcie do remontu 189 dział w 1944 r., więźniowie nie otrzymali chleba przez kilka dni.

Jan Kolenda (w obozie Gross Rosen więzień nr 10 012) opowiadał, że po odbiorze dział i dokładnej kontroli przez specjalną komisję, sprawdzano je jeszcze próbnym strzelaniem do celu - przestrzeliwano. Jeżeli były dobre, czekały do transportu w wagonach kolejowych na bocznicy. Wystarczyło teraz tylko ukradkiem do nich podejść, odkręcić 3 śruby przy lufie i poluzować 3 następne, żeby przy pierwszym strzale działo rozerwało się na kawałki. Bardzo długo Niemcy nie mogli zrozumieć, dlaczego tak się dzieje.

W zakładach więźniowie pracowali na 2 zmiany po 12 godzin. Nazywali je szychtami. Pierwsza zmiana rozpoczynała pracę o godz. 6 rano. Między 12.00 a 13.00 była półgodzinna przerwa na sprawdzenie obecności. O godz. 18.00 kończono pracę i w kolumnach wracano do obozu. Na nocnej zmianie krótki apel porządkowy odbywał się między godz. 24.00 a 1.00, na dziennej między 12.00, a 13.00.

W trakcie procesu w Norymberdze Krupp podkreślał, że dbał o dożywianie więźniów podczas pracy. W tym celu rzeczywiście w zakładach przygotowywano kotły z kawą, ale tę kawę można było wypić tylko wtedy, gdy kapo miał dobry humor. Samowolne sięgnięcie po kubek ciepłego napoju kończyło się zazwyczaj biciem. Niektórzy nadzorcy, zwłaszcza Ślązacy, byli przychylni więźniom i nieraz udawali, że nie dostrzegają krótkiego odpoczynku na wypicie kawy, ogrzanie rąk przy żelaznym piecyku czy zjedzenie kawałka chleba, podarowanego przez kogoś z litości.

Jerzy Przybyłek był przydzielony do dziennej zmiany w grupie budowlano - porządkowej. Zadaniem tych więźniów było obsianie trawą schronów przeciwlotniczych, wyładunek cegły, cementu i innych materiałów budowlanych. Były więzień pamięta również prace polegające na grodzeniu drutem kolczastym 3 km drogi, od obozu do fabryki. Wyjątkowo wyczerpujące było dźwiganie bębnów drutu kolczastego.

W fabryce straż SS cały czas stała wzdłuż ścian. Esesmani pilnowali, żeby nikt nie uciekł, ale zwykle nie wtrącali się do wykonywanej pracy. To zajęcie było przeznaczone dla majstrów i ich pomocników. Za najmniejszą pomyłkę, powolną pracę czy nieuwagę karali poszturchiwaniem, biciem żelaznym prętem lub gumową pałką. Jeżeli któryś z nich nie miał ochoty bić, wyznaczał zastępcę, a ten zwykle wymierzał zwykłą w takich wypadkach porcję 25 razów. Taką karę otrzymał Leonard Kosiński (w obozie Gross Rosen więzień nr 23 883) za to, że zasnął i nie stawił się w porę na nocny apel. Na krótką przerwę w pracy pozwolił mu majster, ponieważ zabrakło części do produkcji lawet, które obrabiano na tokarni karuzelowej. Więzień, korzystając z chwili wytchnienia, siadł oparty o ciepłą maszynę i zasnął przemęczony i zmarznięty.

Za złe wykonywanie zadań kierowano do karnej kompanii. Tam ludzie ginęli w ciągu dwóch tygodni, ponieważ nie wytrzymywali pracy trwającej bez przerwy od godz. 3.00 rano do 22.00 i głodu. Musiało im wystarczyć 5 dag chleba i 1/4 l zupy na dzień.

Często w fabryce zdarzały się wypadki samobójstwa. Wystarczyło założyć pętlę z drutu na szyję, zaczepić ją na suwnicy i nacisnąć guzik ciągnący hak wysoko pod sufit.

Próbowano również uciekać. L. Kosiński wspomina tylko kilka udanych ucieczek, ale zwykle pościg esesmanów z psami nie dawał żadnych szans wyczerpanym ludziom. Łatwo było rozpoznać więźnia z Fünfteichen, ponieważ raz w tygodniu golono głowy wzdłuż, zostawiając - jak mówili więźniowie - pasek dla wszy. Za ucieczkę stosowano szczególnie okrutne kary. Kolega z sąsiedniego stanowiska pracy dostawał lanie, a na apelu odbywały się dwugodzinne lub dłuższe ćwiczenia, po których większość więźniów zupełnie opadała z sił. Poranieni od padania na ostry żużel, leżeli skrajnie wycieńczeni na placu.

W. Kolenda opowiadał o udanej ucieczce 3 więźniów w listopadzie 1943 r. Buty posmarowali smarem, żeby psy nie wytropiły ich śladów i wydostali się na zewnątrz obozu kanałem. Jeden z więźniów był tęższy, dlatego koledzy musieli na siłę przepychać go przez wąski otwór prowadzący na powierzchnię. Razem dotarli do Odry i mimo lodowatego zimna czekali wiele godzin w wodzie, aż esesmani z psami przerwą poszukiwania nad rzeką. Kiedy niebezbieczeństwo minęło, szli wzdłuż Odry do Brzegu Dolnego, tam wsiedli do jednego z pociągów stojących na bocznicy. Przez cały czas ucieczki, dwóch zdrowych więźniów z narażeniem własnego życia pomagało rannemu koledze. Głębokie rany i otarcia podrażnione zimną wodą zaczęły się jątrzyć. Więzień gorączkował i jęczał z bólu, trzeba było zamykać mu ręką usta. To była jedna z niewielu udanych ucieczek.

Dla złapanego uciekiniera nie było litości. Jeżeli jeszcze żył, dla przykładu i ku przestrodze, masakrowano go na apelu w obecności wszystkich więźniów. Ciało żyjącego jeszcze człowieka lub zwłoki mocowano na pochylonym stole, pod którym umieszczano napis: "wróciłem z podróży" albo "znowu tu jestem." Potem urządzano defiladę, aby każdy zobaczył i zapamiętał, czym kończy się próba ucieczki.

Za dobrą pracę i wykonanie zadania nagradzano raz w tygodniu premią, którą można było odebrać w obozowej kantynie. Rozdzielali ją majstrowie. Była to miska zepsutej kapusty kiszonej lub 2 ogórki, czasami miska kiszonej dyni, ślimaki albo 7 papierosów z ustnikiem.

Wśród pracowników z nadzoru trafiali się często ludzie bezwzględni, którzy bez odrobiny litości byli zdolni bardzo dotkliwie pobić więźnia za najdrobniejsze "przewinienie," spowodowane zazwyczaj wyczerpaniem, głodem albo chorobą. Należał do nich np. majster Malik, którego na całe życie zapamiętał T. Goldsztajn. Sadystami byli też Schneider, Klopek i Wolf z hali nr 6.

Byli także inni, np. jeden z więźniów wspomina esesmana, który ujął się za maltretowanym robotnikiem. L. Kosiński pamięta dwóch życzliwych Polakom majstrów. Jednym z nich był Willi Ernst. Znamy też z opowiadań niemieckiego majstra z hali nr 6 - Hermana Kussina, który pomagał jak mógł. Wysyłał po kryjomu listy, przekazywał informacje. Zostawiał też na swoim stanowisku pracy niedojedzone śniadanie zawinięte zawsze w gazetę. Więźniowie wiedzieli, że mogą zabrać je ukradkiem a gazetę dokładnie schowaną pod ubraniem - jedyne źródło informacji o wydarzeniach na świecie - zanosili do obozu. Z życzliwości słynął potężny, gruby i wysoki szef kuchni - Edi. Był sprawiedliwy, bardzo dbał o porządek i przyzwoicie traktował więźniów. Nikt nie znał jego prawdziwego nazwiska.

Funkcję kierowników działów pełnili zazwyczaj wyjątkowo brutalni i "zasłużeni" członkowie NSDAP.

Zima na przełomie 1943 i 1944 r. była bardzo ostra. W halach było zimno, więc postawiono tam piecyki koksowe - ale tylko dla pracowników z Essen. Pozostałych odganiano, a za każde zbliżenie się do nich, karano biciem.

Podbóz męski w Fünfteichen ulokowano na przestrzeni około 42 ha, tuż przy linii kolejowej prowadzącej do Wrocławia Głównego. Wzdłuż torów, od strony Jelcza, stało rzędem 6 bunkrów wartowniczych. Dodatkowo w regularnych odstępach wokół ogrodzenia stały na przemian drewniane wieże strażnicze i murowane bunkry wartownicze, gdzie esesmani chowali się w czasie nalotu. Razem 22 obiekty. Z wież bez przerwy obserwowano teren obozu i okolice. Cały obóz otoczono dwoma rzędami płotów z siatki drucianej, przy czym wewnętrzny podłączono pod wysokie napięcie. Jeżeli któryś z więźniów nie miał odwagi dłużej znosić okrucieństwa, upokorzeń i cierpień, rzucał się na druty. Śmierć następowała natychmiast. Ogrodzenie wzmocniono jeszcze od środka zasiekami z drutu kolczastego. Natomiast od zewnątrz rozwieszono na siatce drucianej maty maskujące, zakrywające obóz od strony torów.

Do obozu można było wejść od strony wschodniej przez dwie bramy: jedną główną i drugą, którą więźniowie wychodzili do pracy w zakładach. Między nimi ustawiono wartownię, a nieco dalej dwa bloki dla esesmanów oraz większy budynek przeznaczony dla komendanta obozu.

Droga do fabryki (około 3 km) prowadziła przez tory, a potem wiodła na ukos przez pola. W 1944 r., po wielu próbach ucieczek, ustawiono po obu jej stronach kolczaste zabezpieczenie. Niedaleko drogi stał wtedy basen przeciwpożarowy, który zasypano po 1949 r.

Na pomieszczenia dla więźniów przeznaczono 33 drewniane baraki. Między nimi postawiono 5 z umywalniami i ubikacjami tak, że na każde 6 bloków przypadała jedna umywalnia i ubikacja. Jeden blok przeznaczono na pralnię i tam również wykonywano dezynfekcję. Szpital zajmował następne 4 baraki, ale pod koniec 1944 r., kiedy obłożnie chorych było coraz więcej, oddano na ten cel jeszcze jeden, lub dwa budynki. Poza esesmańską kantyną i barakiem, w którym wydawano paczki i pisano listy, na terenie obozu była jeszcze kuchnia z piwnicą i pomieszczeniem, gdzie obierano ziemniaki.

Każdy barak miał 40 m długości i 8 m szerokości. Był to parterowy, drewniany budynek przeznaczony dla około 200 więźniów. Takie same baraki stały w Gross Rosen. Pośrodku wydzielono miejsce na jadalnię, a po bokach znajdowały się dwie sypialnie dla 100 osób każda. Spano na piętrowych pryczach ustawionych w kilku podwójnych rzędach. Za posłanie służył siennik i koc. Bielizny pościelowej nie było. Nie zmieniano również bielizny osobistej i ręczników.

W 1944 r., pod koniec istnienia obozu, wybudowano jeszcze 4 murowane budynki dla więźniów. Miało w nich zamieszkać 4 000 osób. Tego zamierzenia jednak nie zrealizowano, a budynki wykorzystano po wojnie na potrzeby miejscowego PGR (Państwowego Gospodarstwa Rolnego).

Południowo - wschodni róg obszaru wydzielonego pod obóz przeznaczono na plac apelowy. Miał kształt kwadratu o bokach długości 200 m, a jego powierzchnię wysypano warstwą ostrego żwiru, widocznego miejscami jeszcze dzisiaj.

W obozie, wśród Niemców, obowiązywała hierarchia i ścisły podział zadań. Na czele stał komendant zarządzający obozem i wojskiem. U komendanta pracował kalifaktor, podlegający jego osobistym rozporządzeniom. W Fünfteichen funkcję tę pełnił młody Polak Leszek Piotrowski. Ten bardzo przystojny chłopiec był ulubieńcem dzieci i żony ostatniego komendanta Otto Stoppela. Wysoką pozycję i sympatię rodziny komendanta wykorzystywał, by pomagać więźniom. Przekazywał aktualne wiadomości, jeżeli tylko mógł, wstawiał się za więźniami, sprowadzał lekarstwa.

Komendantowi podlegał esesman zbierający raporty o stanie liczebnym więźniów (raportführer), a jemu z kolei szef kapo kuchni oraz esesmani pełniący nadzór nad blokowymi i kapo. Każdy barak miał swojego blokowego, więźnia dowolnej narodowości, który spał w baraku (w jego środkowej części) i odpowiadał za więźniów i porządek. Zastępcą blokowego był sztubowy.

Obozu pilnowało 200 esesmanów i około 30 blokowych, wybranych najczęściej z więźniów niemieckich - morderców i sadystów. Niektórzy z nich traktowali więźniów życzliwie i po ludzku, takim człowiekiem był Jan Nowakowski. Ku zaskoczeniu heftlingów (potoczna, obozowa nazwa więźnia - niewolnika), zwracał się do nich przez "pan." Z sympatią opowiadali o nim W. Michalecki, W. Kolenda i L. Kosiński.

Dzień w obozie zaczynał się pobudką obwieszczaną głośnym gongiem, o godz. 4.00 rano. Potem w pośpiechu zjadano śniadanie: zupę mączną z niewielką ilością mąki, 30 dag chleba, pół łyżki stołowej marmolady lub słodkiego syropu. Czasem marmoladę albo syrop można było zamienić na 1 dag margaryny. Po śniadaniu więźniowie zbierali się na placu apelowym i tam następowało skrupulatne odliczanie. O godz. 5.00 wymarsz do fabryki - 3 km między kolczastymi drutami trzeba było przejść szybkim tempem w ciągu 50 min, w takt skandowanego głośno: "Rechts!, Links!" Więźniów w kolumnie ustawiano grupami, według miejsca pracy w zakładach. Kto się opóźniał, musiał zostać na drodze i na ogół nikt go już potem nie widział. Więźniów eskortowała rozstawiona po bokach kolumny straż esesmanów z psami. Na przedzie szedł także esesman. Po drodze spotykano robotników wracających z nocnej zmiany.

Po godzinnym powrotnym marszu do obozu był krótki apel, na którym sprawdzano stan liczebny więźniów, notowano kto umarł i kontrolowano czy ktoś nie uciekł.

Dzień kończył się porządkowaniem baraków. Szorowano stoły, szafy i taborety papierem ściernym albo szkłem. Praca ta była zupełnie zbędna, gdyż zupę chłeptano byle gdzie i byle szybciej.

Teoretycznie więźniowie mieli odpoczywać od 23.00, ale przez długie godziny po powrocie z Jelcza nie wolno było zmrużyć oka. Na sen przypadało w rzeczywistości około 4 - 4,5 godziny.

Wiele czasu zajmowało wydawanie skąpych racji żywnościowych. Drugim i ostatnim posiłkiem był 1 l zupy. Do kotła o pojemności 300 l wrzucano zwykle 3 kostki margaryny, około 20 kg koniny, liście brukwi, rzepy, buraków i czasami niewielkie ilości ziemniaków. Więźniowie wyznaczeni do obierania ziemniaków chętnie wykonywali to zajęcie, ponieważ w pomieszczeniu przeznaczonym do tego celu było ciepło. Z czasem ich pracę zastąpiła maszyna.

W obozie było około 50 termosów na zupę, które rozwożono do baraków pod nadzorem blokowego. Rozlewano z nich zupę do bardzo zniszczonych, blaszanych lub emaliowanych misek. W każdej chwili Niemcy mogli przerwać posiłek, dlatego pochłaniano zawartość miski w minutę lub dwie, zasłaniając ją ręką i siedząc przy tym na pryczach, w kącie baraku lub jakimkolwiek innym miejscu.

Jednodniowa porcja żywnościowa przeznaczona dla więźnia zawierała około 800 - 1 000 kalorii. Aby dobrze funkcjonować, organizm dorosłego, ciężko pracującego mężczyzny potrzebuje średnio 4 500 kalorii dziennie, natomiast młody kilkunastoletni chłopiec 3 300.

Oswald Pohl, kierownik Głównego Urzędu Gospodarczego i Administracji SS obliczył, że jeden człowiek w obozie nie przeżyje więcej niż 270 dni, dlatego na każdą osobę przeznaczano dziennie najwyżej 70 fenigów. Ludzie rzeczywiście masowo umierali z powodu wyczerpania, chorób, głodu, wypadków przy pracy, wyroków, maltretowania, zabiegów medycznych przeprowadzanych byle jak, a czasami bez potrzeby oraz wielu innych przyczyn, nie wykluczając samobójstw. Jednak wbrew przewidywaniom hitlerowców wielu z nich wytrzymało znacznie dłużej niż 9 miesięcy, mimo że miesięczny ubytek na wadze sięgał czasami aż 20 kg.

W Fünfteichen każdy więzień otrzymywał koszulę, spodnie, kurtkę (górę do spodni), płaszcz z pakowego płótna i parę drewniaków. Ponieważ pod koniec wojny brakowało odzieży dla więźniów, transporty z Gross Rosen przywożono w letnich, cienkich pasiakach. Ubranie miało wystarczyć na cały okres pobytu. Nigdy więźniowie nie otrzymywali zapasowych części ubrania, chociaż przy wszelkich pracach brudziło się, niszczyło i darło. Podobnie było z drewniakami. Jeden z więźniów wspomina, że całym jego ubraniem był pasiak. Aby chronić ciało przed zimnem owijał się papierami i szmatami. Musiał to zrobić jednak tak, aby straż niczego nie zauważyła, bo w przeciwnym razie groziły baty.

Co dwa tygodnie, bez względu na pogodę, wszyscy więźniowie musieli się wykąpać. Rozebrani do naga czekali w kolejce, potem na komendę wchodzili dziesięcioosobowymi grupami pod prysznice, a następnie wracali do szeregu. Mogli się ubrać dopiero wtedy, gdy ostatnia dziesiątka opuściła łaźnię. Woda była zwykle zimna. Po każdej takiej kąpieli, zwłaszcza zimą, umierało kilkanaście osób.

W ciągu miesiąca pozwalano wysłać dwa listy do rodziny. Pisano je w niedzielę, koniecznie po niemiecku, na specjalnych kartkach, na których mieściło się 15 linijek. Wszystkie przechodziły przez cenzurę, ale i tak udawało się oszukiwać niemiecką kontrolę. Wystarczyło napisać o panu Cukrowskim, Miodowskim lub Czosnkowskim, a rodzina doskonale wiedziała, że ich krewny prosi o miód, czosnek i cukier. Metodę tę wypraktykował W. Kolenda pisząc do rodziny: "Chciałbym dokładnie wiedzieć co się dzieje w domu. Wiem, że Szczepański 8, 10 i 12 czerwca był w dobrym humorze. Powinien mieć taki humor w dalszym ciągu. Bardzo się cieszę, że Sucharowski i Cukrowska są zdrowi. Oni teraz przynajmniej trzy razy w tygodniu powinni odwiedzać Piętasa. (Tak nazywano W. Kolędę w dzieciństwie.) Co robią moi przyjaciele Miodowski i Czosnkowski. Jurkowi Miodowskiemu jestem winien flaszkę tłuszczu. Proszę mu ją oddać. Dziękuję. Całuję - Wacek." O pomoc pan W. Kolęda prosił także: "Moi kochani rodzice. Jestem zdrowy. Otrzymałem list od Piętasa z Czernichowa. Piętas napisał, że jest mu bardzo ciężko. Myślę, że powinniście mu pomóc, wysyłając paczkę żywnościową i pieniądze. Piętas był moim dobrym przyjacielem. Zna go Staszek. Czekam na list. Pozdrowienia i całusy dla wszystkich. Wacek."

Paczkę można było otrzymać tylko raz w miesiącu. Nie wolno było wprost o nią prosić, ale za każdą przesyłkę należało podziękować. Blokowy dostawał kartkę z nazwiskami osób, do których nadeszła przesyłka i prowadził więźniów do baraku, w którym mieściła się poczta. Wydawaniem zajmował esesman. Adresat podchodził z przesyłką do Niemca, ten rozcinał paczkę nożem i każdy produkt dzielił na dwie części. Większą, "przeznaczoną dla rewiru," (w rzeczywistości dla esesmanów) wrzucał do jednej ze stojących z tyłu beczek, a mniejszą oddawał właścicielowi. Nie wolno było się sprzeciwić, należało natomiast zabrać resztę paczki i jak najszybciej uciec do baraku, bo inaczej zabierał ją esesman. Czasem podczas nocnej kontroli rekwirowano i to, co więźniowi zostawiono.

Szczególnym miejscem w obozie był szpital - rewir. Więźniom dokuczały choroby płuc, wszawica, biegunka, opuchlizna z głodu (potocznie nazywana flegmoną), czerwonka, tyfus i wiele innych. Leczenie na rewirze przysługiwało jednak tylko ludziom z widocznymi, poważnymi obrażeniami zewnętrznymi lub z wysoką temperaturą. Wszelkie schorzenia wewnętrzne były poczytywane za symulację. Wśród wielu narodowości najsłabsi i najmniej odporni byli Francuzi.

Funkcję naczelnego lekarza w Fünfteichen pełnił więzień - Żyd Leon Zabranny. Z wykształcenia był dentystą, a słynął wśród więźniów ze szczególnego okrucieństwa. Podlegało mu 10 innych lekarzy i sanitariusze. Do dyspozycji mieli jedynie środki dezynfekcyjne, papierowe bandaże i prymitywne narzędzia chirurgiczne.

W rewirze jeden ręcznik i jedna miska służyły 80 chorym. Nikomu nie wolno było nosić bielizny osobistej, wszyscy chodzili nago. W barakach szpitalnych na jednym dolnym łóżku leżało po 4 chorych, a do ubikacji trzeba było przejść spory kawał drogi.

Na szpital przeznaczono 4 bloki. W pierwszym znajdowały się pokoje dla lekarzy, jeden dla esesmana, gabinety: dentystyczny, opatrunkowy, operacyjny oraz apteka. W drugim leżeli więźniowie z ranami i owrzodzeniami. Tutaj w piwnicy umieszczono kostnicę. Do następnego baraku kierowano najciężej chorych, najczęściej z zapaleniem płuc. Czwarty z kolei służył osobom gorączkującym i rekonwalescentom powracającym do zdrowia.

W ostatnich miesiącach istnienia obozu chorowało coraz więcej osób, dlatego do rewiru przydzielono jeszcze dodatkowo dwa bloki.

Zwłoki raz w tygodniu wywożono do Gross Rosen. Układano je w skrzyniach, w każdej po 15. Obowiązywała przy tym rygorystycznie przestrzegana procedura. Porządnie nakładano bandaże, sprawdzano i poprawiano ołówkiem kopiowym numery ewidencyjne, wykreślano z rejestru więźniów. Aby ułatwić identyfikację w Gross Rosen, zmarłym więźniom dodatkowo wieszano na szyi, nawleczoną na drut, okrągłą blaszkę z wyciśniętym numerem obozowym.

Do obozu macierzystego razem ze zwłokami transportowano więźniów z wyrokami śmierci. Po obowiązkowej kąpieli każdy skazaniec otrzymywał nową bieliznę i pasiak. Aby skrupulatnie wykorzystać paliwo, ciężarówka jechała ze skazańcami i zwłokami do Gross Rosen (zawsze w poniedziałek), a z powrotem przywoziła nowych więźniów i paczki.

Władysław Michalecki trafił do rewiru zimą 16 lub 17 grudnia 1944 r., z powodu ciężkiego ropnego zapalenia płuc i opłucnej. Przez 11 dni miał bardzo wysoką gorączkę, a obozowi "lekarze," chcąc sprawdzić jak długo jeszcze potrafi wytrzymać jego organizm, raz dziennie kazali wynosić go na mróz i polewać lodowatą wodą. W. Michalecki wracał do zdrowia po tym "leczeniu" przez dziewięć miesięcy i jeszcze dzisiaj odczuwa dolegliwości spowodowane maltretowaniem w więzieniu Palace w Zakopanem i eksperymentami obozowych sadystów.

W Fünfteichen zorganizowano teatr dla esesmanów. Kierował nim więzień, były dyrektor teatru wiedeńskiego. Prawdopodobnie występy odbywały się na scenie z drewnianych desek, specjalnie przygotowanej do tego celu.

W styczniu 1945 r. wojska rosyjskie zbliżały się do Wrocławia. 17 stycznia pierwsze oddziały wkroczyły na Śląsk. W tej sytuacji, nie zważając na dwudziestostopniowy mróz, szef NSDAP okręgu śląskiego Karl Hanke zarządził ewakuację ludności, zamieszkującej powiaty leżące na prawym brzegu Odry i Wrocławia. Wojska niemieckie zablokowały linie kolejowe i główne drogi, a około milion uchodźców ze Śląska uciekało przed frontem bocznymi szosami.

20 stycznia 1945 r., władze obozowe rozważały ewentualność rozstrzelania wszystkich więźniów Fünfteichen. Heinrich Himmler postanowił jednak, aby przeprowadzić ich do jednostki macierzystej w Gross Rosen, mimo że Hitler wyraźnie rozkazał, aby żaden więzień obozu nie dostał się w ręce wroga.

Następnego dnia (była to niedziela) między godz. 9.00 a 10.00 rano więźniów wyprowadzono na apel, gdzie czekali kilka godzin na śniegu i mrozie. Wszystkim rozdano po kawałku chleba i końskiej kiełbasy. Tymczasem lekarze i esesmani przeprowadzili w rewirze przegląd i selekcję około 900 chorych. Kto tylko mógł utrzymać się na własnych nogach, kwalifikował się do ewakuacji. W barakach szpitalnych pozotało około 800 więźniów. Taką informację W. Michalecki uzyskał od ówczesnego sanitariusza rewiru Jana Pierzchały - wspaniałego człowieka, oddanego i zawsze gotowego do niesienia pomocy. Właśnie jemu W. Michalecki i wielu innych więźniów zawdzięcza życie. Inni słyszeli, że w obozie pozostało 250 - 300 chorych ludzi, ale bardziej wiarygodna wydaje się relacja byłego sanitariusza z obozowego szpitala.

Zapewne nigdy nie dowiemy się, dlaczego komendant obozu Otto Stoppel nie zdecydował się na rozstrzelanie obłożnie chorych mężczyzn. Może pozostały w nim resztki ludzkiego sumienia, a może sądził, że i tak umrą.

Około godz. 13.00 sześciotysięczna kolumna konwojowana przez straż obozową i przysłanych do pomocy esesmanów Ukraińców, opuściła Fünfteichen.

Więźniów pozostałych w obozie pilnowało 4 esesmanów, a 22 stycznia po południu przekazano ich oddziałom wojskowym. Niemcy nie interesowali się chorymi, jak najszybciej opuszczali niebezpieczne miejsce. Prawdopodobnie wtedy wydano rozkaz spalenia obozu, ale spłonęło tylko kilka baraków.

Ogromna śmiertelność, przenikliwe zimno w nieopalanych barakach, brak wody, nieleczone choroby, głód, powodowały obojętność i otępienie. Mimo wszystko wycieńczeni i chorzy ludzie próbowali przetrwać. Sami gotowali zupy z resztek zielska i żywności. Złapali i z trudem zabili jakąś bezpańską krowę. Grzebali zmarłych w pobliskim zagajniku przy ogrodzeniu, chociaż jedno ciało z wielkim wysiłkiem ciągnęło do grobu dziesięciu ludzi. Mogiła w miłoszyckim lasku do dzisiaj przypomina tamte wydarzenia.

23 stycznia o godz. 11.00 12 rosyjskich zwiadowców konnych ubranych w białe peleryny wjechało na teren obozu. Dwóch kapo, którzy ukryli się ze strachu wśród więźniów, oddano pod sąd i natychmiast rozstrzelano. Ponieważ chorzy nie mieli ubrania, żołnierze przywieźli do rewiru kolejarskie mundury. Kto tylko mógł, szedł na wschód. Reszta czekała na wojskowych lekarzy.

Najwięcej więźniów przeżyło na chirurgii, w bloku przeznaczonym dla chorych z urazami. W rewirze, w którym leżał W. Michalecki, nikt poza nim nie przeżył.

Rosjanie wyczyścili i wydezynfekowali jeden barak i tam przenieśli wszystkich chorych. Potem przewieźli ich do wojskowego szpitala polowego, gdzieś niedaleko Jelcza. Mimo troskliwej opieki, odżywiania i prób leczenia skrajnie wyczerpanych ludzi, więźniowie masowo umierali. Po kilku dniach, byłych więźniów ułożono na ciężarówce wyścielonej słomą oraz kołdrami i odtransportowano do Częstochowy. W tej grupie, razem z W. Michaleckim, jechały tylko 23 osoby.

Tymczasem pozostałych więźniów ustawiono w pięcioosobowe rzędy. Aby łatwiej było kontrolować długą kolumnę ciągnącą się około dwóch km, nakazano zachować półtorametrowe odstępy między rzędami. Po obu stronach w odległości 20 - 30 m, pojedynczo maszerowali esesmani. W sumie było ich około 300. Mieli ciepłe ubrania, broń i psy, a wózki, na które załadowano ich rzeczy, pchali wyznaczeni więźniowie. W. Kolenda także ciągnął wózek esesmana. Na samym końcu kolumny, piechotą szedł Otto Stoppel. Jego rodzina wyjechała wcześniej do Gross Rosen.

Zazwyczaj jedynym okryciem przed mrozem był pasiak, tylko nieliczni mieli kawałek koca, więc żeby się rozgrzać po kilkugodzinnym staniu na apelu, początkowo szli szybkim marszem. Droga wiodła na przełaj przez pola, ponieważ główne drogi i szosy blokowali uciekający Niemcy. Była noc, kiedy kolumna w okolicach Ratowic zeszła po płaskim brzegu nad Odrę, a potem po lodzie przeprawiła się na drugą stronę. Jeden z więźniów dokładnie pamięta, że bardzo jasno świecił księżyc. Bezchmurne, zimowe noce są bardzo mroźne.

Następną mijaną miejscowością była Czernica, a na pierwszy nocleg zatrzymano się prawdopodobnie w Groblicach. W. Kolenda i L. Kosiński z trudem odtwarzali w pamięci niektóre fragmenty trasy, miejsca postojów i noclegów. Więźniowie posuwali się co prawda bardzo wolno, ale najczęściej wąskimi bocznymi drogami, z mieszkańcami wsi i miasteczek nie wolno było rozmawiać, nie sposób też było rozpoznać miejscowości, przez które kolumna przechodziła późnym wieczorem. Głód, zimno i zmęczenie powodowały, że więźniowie myśleli przede wszystkim o tym, żeby się wyspać, nabrać sił i przeżyć następny dzień.

W Czernicy, w pierwszej odkrytej na trasie przemarszu zbiorowej mogile, pochowano zmarłych i zamordowanych więźniów.

Z Groblic kolumnę prowadzono przez Świętą Katarzynę i dalej okrężną drogą w stronę Żórawiny. Ponieważ na drogach nie było miejsca, trzeba było dodatkowo nadłożyć kilkanaście kilometrów. Za Żórawiną więźniowie przeszli przez Księginice i Domasław, a potem skierowano ich do Tyńca Małego. Tam około godz. 9.00 rano zarządzono krótki postój. Niemieckie rodziny rzucały więźniom chleb, mimo że esesmani grozili za to biciem i karabinami. Niewiele brakowało, żeby zamieszanie zakończyło się strzelaniną, ale za mieszkańcami Tyńca ujął się inspektor Leister. Esesmani szybko zaprowadzili porządek i więźniowie pomaszerowali dalej.

Nie udało się ustalić, gdzie kolumnę zatrzymano na następny nocleg. W ciemności niewiele można było zobaczyć, poza tym więźniów dzielono na duże grupy i lokowano gdzie się dało. Najwięcej osób spało na dworze, w sianie albo słomie rozrzuconej na ziemi. Tam też umierało najwięcej ludzi. Tylko nieliczni mieli szczęście nocować w pomieszczeniach gospodarczych: stajniach, chlewniach czy szopach. Panował w nich tłok i zaduch, ale przynajmniej było ciepło. Spali stłoczeni, często ułożeni warstwami, a jeżeli ktoś odważył się jęknąć lub poskarżyć, natychmiast go rozstrzeliwano.

Głównym wykonawcą wyroków był esesman Gallasch, wyjątkowy sadysta. Zabijał ludzi z zimną krwią. W. Kolenda podkreślał, że mordowanie sprawiało mu widoczną przyjemność.

Kiedy kolumnę popędzono dalej, wyznaczeni esesmani przeszukiwali dokładnie miejsce noclegu i sprawdzali czy ktoś nie próbował schować się w sianie albo w budynku. Do każdego znalezionego więźnia strzelano. Wynoszono także zmarłych, zwykle kilkadziesiąt zwłok.

Wszelkie rozmowy z mieszkańcami były surowo zabronione. Za przyjęcie ciepłego ubrania czy kawałka chleba, śmierć groziła więźniom i gospodarzom. Taka sama kara czekała za próbę ucieczki, spóźnienie lub za każde inne najmniejsze nieposłuszeństwo.

Rano esesmani robili zbiórkę, liczyli więźniów, i czasami wydawali każdemu po 20 g chleba.

O zbliżającej się kolumnie, mieszkańcy wsi i miast wiedzieli wcześniej. Czekali na więźniów z gorącą kawą, zupą, chlebem, specjalnie zabijali zwierzęta, przygotowywali posiłki. Esesmani rygorystycznie nie pozwalali dożywiać idących do Gross Rosen mężczyzn ani w żaden inny sposób im pomagać.

W Tyńcu Małym odkryto kolejną na trasie przemarszu mogiłę więźniów z Fünfteichen. Codziennie umierało kilkadziesiąt osób. Jeżeli ktoś słaniał się lub upadł, a koledzy nie zdążyli go w porę podtrzymać, esesman idący najbliżej natychmiast strzelał. Niektórzy więźniowie nie wytrzymywali poganiania, ciągłego zimna, chorób i odmrożeń, głodu, zmęczenia, strachu i widoku katowanych ludzi. Wystarczyło wyrwać się z szeregu.

Zwłoki zabitych i zmarłych układano na wozach, które jechały za kolumną. To zadanie wykonywali więźniowie, natomiast do kopania dołów i grzebania zmarłych ściągano także ludzi z okolicznych wsi.

Między Domasławiem, a Tyńcem Małym esesmani Ukraińcy kilkakrotnie wracali wozami po rozstrzelanych.

Z Tyńca więźniów poprowadzono przez Małuszów do Strzeganowic. Przy szosie do Strzeganowic odbyła się masowa egzekucja. Esesmani zatrzymali kolumnę i wybranym osobom kazali kopać długi, głęboki rów. Wyciągnęli następnie wszystkich słabych i chorych, którzy opóźniali marsz i rozstrzelali ich. Zwłoki wrzucono do rowu, przysypano ziemią, a więźniowie pomaszerowali dalej. Jeszcze przez jakiś czas spod ziemi słychać było jęki konających ludzi. Tę mogiłę odkryto przypadkowo w 1978 r. Prawdopodobnie następna znajduje się w pobliskim Różańcu.

Ze Strzeganowic droga prowadziła do Kątów Wrocławskich. Tam, w starej żwirowni również znajduje się zbiorowa mogiła. Dokładne prace ekshumacyjne przeprowadzono w listopadzie 1974 r.

Dalej kolumna minęła Piotrowice, Kostomłoty i Wichrów. W Piotrowicach w 1970 r., w zbiorowym grobie znaleziono szczątki 81 osób. W Wichrowie także odkryto zbiorową mogiłę.

W dużym majątku ziemskim w Wichrowie więźniowie przebywali aż 3 dni. Codziennie podczas posiłków odbywały się masakry, a przed wymarszem esesmani urządzili jeszcze jedną masową egzekucję. Jeden z mieszkańców Wichrowa zapamiętał, że to była niedziela.

W grobie pochowano też zwłoki, które masowo zwożono z trasy Kostomłoty - Wichrów.

Przed południem, po apelu i egzekucji kolumna ruszyła w stronę Mieczkowa i Jaroszowa, a potem skierowano ją do Strzegomia. Po południu, przypuszczalnie 26 stycznia 1945 r., więźniowie dotarli do celu - przekroczyli bramę Gross Rosen. Z 6 000 mężczyzn, którzy opuścili Fünfteichen, do obozu macierzystego doszło zaledwie 4 000 osób, ale to nie był jeszcze kres cierpień i walki o przetrwanie. Z Gross Rosen szli dalej na zachód. Do strefy amerykańskiej dotarło tylko około 1 400 skrajnie wyczerpanych więźniów z Fünfteichen. Wielu zmarło, ponieważ Amerykanie, w dobrej wierze, podawali wygłodzonym ludziom zbyt obfite posiłki, tymczasem wycieńczony organizm wymaga powolnego i stopniowego przyzwyczajania do większych porcji. W. Michalecki wspomina, że normalny posiłek mógł zjeść dopiero po kilku miesiącach od wyjazdu z Fünfteichen.

O losach więźniów podobozu Fünfteichen i "marszu śmierci," można jeszcze wiele napisać, jednak najtragiczniejsze przeżycia i najgorsze doświadczenia jakich doznali ci, którzy mogą dzisiaj o nich opowiedzieć, nie zostały ujęte w tym opracowaniu.

Każdemu człowiekowi, który przeżył obóz, koszmarne wspomnienia wryły się w pamięć na zawsze i wracają tak wyraźnie, jakby to wszystko działo się wczoraj. W najgorszych chwilach cenniejsza od siły i odporności fizycznej była nadzieja. W. Kolendzie otuchy dodawał widok wieżyczki kościelnej w Miłoszycach. Podobna była w jego rodzinnej miejscowości, więc starał się często myśleć o tym, że na pewno jeszcze kiedyś ją zobaczy. Ten więzień wrócił do domu.

W. Michalecki wielokrotnie podkreślał, że umiejętności i wiadomości zdobyte w harcerstwie bardzo przydały się i pomogły mu przetrwać w skrajnie trudnych warunkach. Wiedział, że nie wolno zasnąć na mrozie, jeść śniegu ani pić zimnej, zwłaszcza brudnej wody po wyczerpującej pracy, gdy człowiek jest zdyszany, zmęczony i spocony.

Przeżyli również Wilczek, Halicki, Gajowiec, Góralski i Solka, E. Szenkowski, sanitariusz J. Pierzchała - obecnie lekarz, który spędził w obozach koncentracyjnych i więzieniach ponad 5 lat.

Panowie, W. Michalecki, L. Kosiński i W. Kolenda, mimo tragicznych wspomnień oraz ogromu krzywd i upokorzeń, jakich doznali od hitlerowców, urzekają i wzruszają pogodą ducha, ciepłem, życzliwością dla innych i radością życia. Ci wspaniali ludzie nie żywią do nikogo nienawiści.

Nie sposób uwierzyć, że Fünfteichen uchodził za obóz o lżejszym rygorze. Nie można także pojąć, jak człowiek może dopuścić się tak strasznych i okrutnych zbrodni przeciw drugiemu człowiekowi. Co stało się z sumieniem tych, którzy uznawali siebie za nadludzi i przekraczali wszelkie prawa ludzkie i boskie.

Po podobozie w Fünfteichen nie pozostało dzisiaj prawie żadnych śladów. Żwir wymieszał się z ziemią, chociaż miejscami można go jeszcze wypatrzyć. Niedokładny zarys drogi do zakładów zbrojeniowych widać jedynie z dachu jelczańskiego biurowca. Resztki murowanych bunkrów strażniczych sterczą co prawda w polach, ale są już bardzo zniszczone. Bloki koło torów wykorzystano na mieszkania, a po ogrodzeniu i drewnianych barakach nie pozostało zupełnie nic.

O wydarzeniach sprzed pół wieku przypomina mogiła w lasku w Miłoszycach, granitowy krzyż i głaz postawiony przy bramie miłoszyckiej JZS oraz duży pomnik odlany ze stali, poświęcony pamięci wymordowanych więźniów, na terenie wspomnianych zakładów. Wszelkie znalezione i zebrane pamiątki, np. pasiaki, pejcze,((4 zdjęcia i dokumenty oraz przybory codziennego użytku zgromadzono w Muzeum Jelczańskim, mieszczącym się w budynku administracyjnym zakładów.

Pamięć o Fünfteichen powinniśmy pielęgnować i przekazywać następnym pokoleniom. W żaden inny sposób nie uszanujemy cierpień sześciu tysięcy ludzi, którzy pół wieku temu zmagali się z okrucieństwem, zimnem, głodem, chorobami, nadludzkim wysiłkiem, własną słabością i strachem o życie swoje i kolegów - współwięźniów.

Rozmiar: 2868 bajtów

Do spisu treści


Do strony głównej


Napisz do mnie

Opracowanie i webmaster: J.Urbaniak
Ostatnia aktualizacja 14.08.2003r.